Informacje Katolickiej Agencji Informacyjnej

Subskrybuje zawartość
Portal Katolickiej Agencji Informacyjnej
Zaktualizowano: 15 min. 18 sek. temu

Sandomierz: jubileuszowa Piesza Pielgrzymka Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę

śr., 01/08/2018 - 10:34
Pod hasłem „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu Moim” wyruszy 4 sierpnia 35. Piesza Pielgrzymka Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę. Wpisuje się ona w 200-lecie diecezji sandomierskiej.

Pielgrzymi w grupach z Janowa Lubelskiego, Sandomierza, Stalowej Woli i Ostrowca Świętokrzyskiego będą szli przez 9 dni i przemierzą dziennie średnio ok. 30 – 40 km. Wszystkie cztery kolumny spotkają się przed Częstochową, aby jedną zwartą Pieszą Pielgrzymką Ziemi Sandomierskiej, pod przewodnictwem bp. Krzysztofa Nitkiewicza, 12 sierpnia wejść i pokłonić się Królowej Polski na Jasnej Górze.

Na szlak pielgrzymi pójdzie wielu młodych pątników, jak i również całe rodziny. Towarzyszyć im będą kapłani, klerycy, siostry zakonne oraz służby pielgrzymkowe. Wsparciem idących pieszo będą pielgrzymi duchowi polecający w modlitwie dzieło pielgrzymowania. W parafiach każdego wieczoru będą się oni gromadzić na wieczornych Apelach Jasnogórskich.

Historia Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej do sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej rozpoczęła się 5 sierpnia 1984 r., kiedy to po praz pierwszy wyruszyła z sandomierskiej bazyliki katedralnej.

Przed 1984 r. pielgrzymowanie z Sandomierza i Ostrowca Świętokrzyskiego odbywało się w ramach pielgrzymki radomskiej. Pątnicy sandomierscy wychodzili wówczas na pielgrzymi szlak ze Starachowic. Natomiast wierni ze Stalowej Woli pielgrzymowali z pielgrzymką rzeszowską.

W latach 80. mieszkańcy Janowa Lubelskiego i okolic brali udział w pielgrzymce lubelskiej. Tworzyli oni oddzielną “janowską” grupę. Od 1984 r. pielgrzymka ta stała się całkowicie samodzielna, od 1992 r. chodzi już swoją stałą obecną trasą z Pieszą Pielgrzymką Ziemi Sandomierskiej. Wyrusza tradycyjnie w dwóch grupach 2 sierpnia najpierw do Sandomierza.

Karabin i stuła – kapelani Powstania Warszawskiego

śr., 01/08/2018 - 10:32
Około 150 duchownych wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. Wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań, a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców, ponosząc śmierć męczeńską. 1 sierpnia przypada 73. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz”, który zginął 7 sierpnia podczas Powstania Warszawskiego, jego zastępcą był ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. “Gruzenda”. Odpowiedzialnym za organizację kapelanów podczas Powstania był ks. ppłk. Stefan Kowalczyk, ps. “Biblia”, który już w trakcie walk przydzielał do oddziałów ich opiekunów duchowych. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.

Kapelani powstańczej Warszawy

Powstanie Warszawskie było wielkim zrywem ludności stolicy, który miał przynieść wolność miastu i pomóc w wyzwoleniu całego kraju spod okupacji. Niestety, dwumiesięczne walki zakończyły się przegraną, która wśród wielu powstańców zrodziła kompleks klęski. Do dziś Powstanie Warszawskie pozostaje jednak w pamięci Polaków jako wydarzenie wyjątkowe, które przyczyniło się do uzyskania pełnej wolności w 1989 roku.

Wśród żołnierzy nie zabrakło także księży, którzy w oddziałach powstańczej Warszawy byli kapelanami towarzyszącymi im aż do końca walki. Część duchowych pełniła ofiarnie swoją posługę wśród ludności cywilnej, a zwłaszcza w rozrzuconych po mieście szpitalach polowych. Według późniejszych szacunków w Powstaniu wzięło udział około 150 księży, którzy pełnili funkcję kapelanów, blisko pięćdziesięciu z nich zginęło w trakcie walk.

Między godziną “W” a kapitulacją

Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. Kapelanem naczelnym AK był ks. płk. Tadeusz Jachimowski, członek Komendy Głównej. W Warszawie funkcję dziekana okręgu pełnił ks. ppłk. Stefan Kowalczyk, ps. “Biblia”, któremu podlegali kapelani poszczególnych obwodów miasta. I tak kapelanem obwodu I -Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. “Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. “Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”. Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha.

Bp Guzdek: krew powstańców woła o wierność Bogu i troskę o Ojczyznę

1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. “Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie “W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion “Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny “Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. “Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.

Śmierć kapelana naczelnego

Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. “Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. “Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie. Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie. Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana “Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do “Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto. W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.

Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. “Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. “Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.

Karabin i stuła

Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. “Badur” w godzinie “W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. “Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. “Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. “Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem “Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski “Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca. Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. “Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. “Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. “Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania “Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im, aż do kapitulacji.

Wśród żołnierzy

W wyjątkowo trudnej sytuacji znalazł się ks. Jan Salamucha, ps. “Jan”, który był kapelanem Obwodu III – Ochota. Oddziały powstańcze w tej dzielnicy były słabo uzbrojone i już po pierwszym dniu ich dowódca ppłk. Mieczysław Sokołowski, ps. “Grzymała” zdecydował większość z nich wyprowadzić z miasta. Dalsze walki prowadziły jedynie dwie pozbawione łączności z dowództwem jednostki. Ks. Salamucha, przed wojną profesor logiki na Uniwersytecie Jagiellońskim, jeden z wychowanków słynnej filozoficznej Szkoły Warszawsko-Lwowskiej, pozostał z mieszkańcami Ochoty, otaczając ich opieką duszpasterską i z najdłużej walczącym w dzielnicy oddziałem ppor. Jerzego Gołębiewskiego, ps. “Stach”. Oddział ten, liczący ok. 160 ludzi, bronił się zaciekle w trójkącie domów przy ul. Mianowskiego, Filtrowej i Wawelskiej. 11 sierpnia zapadła decyzja o przedzieraniu się kanałami do Śródmieścia. Powstańcy wykopali specjalny przekop i powoli znikali w podziemnym labiryncie. Ks. Salamucha uczestniczył w trudnej naradzie dowódców oddziału, lecz postanowił zostać z cywilną ludnością Ochoty. Zasunął i zamaskował właz do kanału po ostatnim żołnierzu. Kilka godzin później budynki zajęli Ukraińcy, którzy wszystkich mieszkańców wypędzili na ulicę. Mężczyzn rozstrzelali. Wśród zabitych znalazł się także ks. Jan Salamucha, kapelan Ochoty.

Nieco inaczej potoczyły się losy ks. Józefa Kowalczyka, który w czasie okupacji pracował w parafii w Tarczynie. Jak wielu innych, mimo że miał przydział do jednego z powstańczych oddziałów, nie zdążył jednak przybyć do Warszawy na czas. Kiedy udało mu się dotrzeć do stolicy otrzymał od ks. “Biblii” polecenie, aby objął opieką duchową batalion por. Wacława Zagórskiego, ps. “Lech Grzybowski” ze Zgrupowania “Chrobry II”. 4 sierpnia ks. “Oracz”, taki pseudonim przybrał wikary z Tarczyna, dołączył do oddziału. Powitanie było niezbyt zachęcające, gdyż dowódca, dawny działacz PPS, uprzedził kapelana, że oddział składał się głównie z robotników, którzy “nie lubią klechów”, a część żołnierzy należy do innych wyznań. Ks. “Oracz” nie zniechęcił się takim powitaniem i szybko zyskał sympatię powstańców. Bardzo dużo z nimi przebywał na pierwszej linii, przynosząc amunicję, żywność, wodę, świeże ubranie. Spowiadał, grzebał umarłych i prowadził ewidencję tych, którzy zginęli. W wolnych chwilach starał się także zbierać cenniejsze książki, aby uchronić je przed zniszczeniem. Kilkanaście dni po przybyciu do oddziału zginął podczas ostrzału, trafiony odłamkiem pocisku artyleryjskiego, spiesząc do rannych. Grób kopali mu jeńcy, jeden z nich był muzułmaninem, a drugi Ormianinem.

Na Starówce kapelanem batalionów “Gustaw” i “Wigry”, a także Komendy Głównej AK, był niezwykle popularny wśród żołnierzy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”. Potrafił podtrzymywać na duchu, nawet wówczas, kiedy wydawało się, że nie ma już żadnej nadziei dla walczących. W jedną z sierpniowych niedziel “Ojciec Tomasz” odprawiał Mszę świętą w korytarzu Ministerstwa Sprawiedliwości. W trakcie rozpoczął się ostrzał artyleryjski, przed samym podniesieniem pocisk trafił w budynek, na szczęście dwa piętra wyżej. Ksiądz przerwał liturgię, po chwili jednak zostały uprzątnięte gruzy z ołtarza i na nowo zapalono świece. Po dziesięciu minutach o. Rostworowski dalej odprawiał Mszę, ludzie zachowali nadzwyczajny spokój i opanowanie.

Ojciec Tomasz bardzo często przebywał z żołnierzami, spędzał z nimi czas na rozmowach i dodawał im otuchy. Na Starówce, w jednym z mieszkań, zanim zostało zniszczone, grał na fortepianie i śpiewał razem z powstańcami. Dużo uwagi poświęcał też cywilnym mieszkańcom miasta, którzy skarżyli się mu na swój los. 2 września, tuż przed kapitulacją Starówki, zdecydował, że zostanie z rannymi w szpitalu polowym przy ul. Długiej 7, mimo że miał możliwość przejścia kanałami do Śródmieścia. Był świadkiem, jak Niemcy żywcem palili rannych powstańców, część z nich przy ofiarnej pomocy sanitariuszek udało mu się wynieść z płomieni.

Jezus z katedry

W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, płonęły posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz. Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. “Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.

Dziś 74. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

 

Niech ksiądz kapelan coś wymyśli…

16 września Powstanie tliło się jeszcze, ale już niewielu miało nadzieję, na nadejście pomocy i przeważenia szali nierównego boju. Na Czerniakowie, po przejściu ze Starówki, broniły się oddziały Zgrupowania “Radosław”, płk. Jana Mazurkiewicza, wśród których znajdował się słynny batalion “Zośka”. Ich kapelanem był o. Józef Warszawski SJ, znany jako “Ojciec Paweł”. Właśnie w sobotę 16 września “Radosław” wezwał go do swojego sztabu mieszczącego się w piwnicy jednego z domów. “Księże kapelanie – wspominał później słowa dowódcy o. Warszawski – potrzebny znowu jakiś zastrzyk. Ustają mi chłopaki. Trzeba coś tam dać do wnętrza. Człowiek nie jest tylko cielskiem. Niech tak ksiądz kapelan coś wymyśli. Nie poradzimy inaczej”. Ojciec Paweł paradoksalnie obawiał się tych słów, wiedział, że “Radosław” chce, aby nazajutrz odprawił niedzielną Mszę św. dla żołnierzy. Obawa wynikała z bardzo prostego faktu, nie miał ze sobą nawet okruszyny hostii. O. Warszawski zdawał sobie sprawę, jak wielkie znaczenie moralne dla powstańców ma zwykła Msza św. Niejednokrotnie słyszał, jak o tym mówili. “Cały bezsens naszej walki staje mi się sensem, kiedy ojciec podnosi Hostię i Kielich” – powiedział pewnego razu Andrzej Romocki “Morro”, dowódca kompanii w “Zośce”. “Ojciec Paweł” był świadomy, że powstańcy byli pełni rozżalenia i poczucia klęski. Wiedział, że “Radosław” chciał w nich “wyswobodzić duszę żołnierza”. O. Warszawski sam wspominał, że po Mszy “…czasami – czułem to jak najwyraźniej – wychodzili po odśpiewaniu końcowym “Boże coś Polskę” promieniści, pełni jak gdyby wiedzy o tajemnicy wielkopiątkowej przegranej, za której fiaskiem i pośmiewiskiem dostrzegli blask, graniczący z nieśmiertelnością; i pełni jak gdyby przeświadczenia, że za każdym poświęceniem się, choćby wypadło jak najbardziej nie w czas, stoi zawsze i na wieki wielki ofiarnik i kapłan Najwyższy, który jego nieprzemijającą biel i krew kładzie na złocie pateny niebieskiej i składa świętą obiatę, aż u stóp sprawiedliwego Boga”.

W ruinach nigdzie już nie było ani kawałka chleba, ani okruszyny hostii, a “Ojciec Paweł” wiedział, że nazajutrz musi odprawić Mszę. Zastanawiał się nawet, czy nocą nie spróbować przedrzeć się do ruin kościoła św. Trójcy, aby tam poszukać hostii. Podczas tych rozmyślań kapelan usłyszał wezwanie do ciężko rannego berlingowca. Zwlekał, ale sanitariuszka, która go wezwała, była nieustępliwa. Stan żołnierza był bardzo ciężki, o. Warszawski chciał się chociaż przekonać, czy jest katolikiem. Podczas przeszukiwania kieszeni płaszcza znaleźli z sanitariuszką modlitewnik, a w nim kawałek bożonarodzeniowego opłatka. Szczęście “Ojca Pawła” nie miało granic, nazajutrz mógł odprawić Mszę dla zmęczonych żołnierzy, ostatnią Mszę św. na powstańczym Czerniakowie.

Niecały tydzień później, 23 września o. Warszawski, jako ostatni oficer zgrupowania poddał się Niemcom w dramatycznych okolicznościach wraz z pozostałymi przy życiu resztkami Zgrupowania “Radosław”. Wcześniej część powstańców przedostała się na prawy brzeg Wisły. Podczas kapitulacji “Ojciec Paweł” był świadkiem egzekucji drugiego kapelana oddziałów na Czerniakowie ks. Józefa Stanka, ps. “Rudy”, którego Jan Paweł II wyniósł do grona błogosławionych podczas Mszy św. beatyfikacyjnej 108. polskich męczenników II wojny światowej sprawowanej w dniu 13 czerwca 1999 roku w Warszawie.

Uroczyste triduum ku czci Matki Bożej Anielskiej z Porcjunkuli w Kętach

śr., 01/08/2018 - 10:31
Trzydniowe uroczystości z okazji odpustu Porcjunkuli rozpoczęły się 31 lipca w klasztorze franciszkanów – reformatów w Kętach na Podbeskidziu. Święto organizowane jest nieprzerwanie od 300 lat. Kulminacyjnymi jego momentami będzie Pasterka Maryjna odprawiona o północy z 1 na 2 sierpnia oraz Msza św. odpustowa.

Franciszkanie z Kęt przypominają, że odpust Porcjunkuli to okazja do sakramentalnego spotkania się z Bogiem. Dlatego w kęckim klasztorze przez te dni nie brakuje chętnych do spowiedzi i Komunii św.

Uroczystości nawiązują do dwóch mistycznych wydarzeń z życia św. Franciszka – otrzymania daru odpustu przypisanego do kaplicy pod Asyżem oraz otrzymania stygmatów męki i śmierci Chrystusa.
Klasztor franciszkanów w Kętach został wybudowany na przełomie XVII i XVIII wieku. Inicjatorem budowy był chorąży krakowski i rycerz chorągwi husarskiej Andrzej z Żydowa Żydowski. Celem jego przedsięwzięcia była walka na tutejszych terenach z coraz bardziej szerzącym się kalwinizmem. W 1901 roku do klasztoru dobudowano kaplicę św. Dydaka. Wewnątrz znajdują się freski przedstawiające św. Franciszka, który dostępuje łaski odpustu Porcjunkuli. Co roku przybywają do niej wierni z Kęt i okolic w celu uzyskania odpustu.

Święto Porcjunkuli jest obchodzone bardzo uroczyście jako święto patronalne jedynie w kościołach i klasztorach franciszkańskich.

Kościół Matki Boskiej Anielskiej (Porcjunkula) leży około 2 kilometrów na południe od Asyżu. Znajdowała się tu pierwotnie benedyktyńska kapliczka odbudowana przez św. Franciszka w 1207 roku. W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę.

Papież udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kaplicy, które odbyło się 2 sierpnia 1216 roku. Od wieku XIV papieże podobny odpust na ten dzień zaczęli przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. W 1952 roku wyszedł dekret Kongregacji Odpustów rozszerzający przywilej odpustu zupełnego “toties quoties” na dzień 2 sierpnia, czyli za każde nawiedzenie kościoła i wypełnienie warunków.

Odpust ten można uzyskać spełniając zwyczajne warunki: pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencji Ojca Świętego; wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

Bp Dec do pielgrzymów: uczmy się cierpliwości i miłosierdzia każdego dnia

śr., 01/08/2018 - 10:29
– Każdego dnia uczmy się cierpliwości i miłosierdzia, gdyż taka postawa przybliża nas do Boga, i kruszy mury niezgody wśród ludzi – powiedział 31 lipca biskup Ignacy Dec podczas Mszy św. w katedrze świdnickiej na rozpoczęcie 15. Pieszej Pielgrzymki Diecezji Świdnickiej na Jasną Górę.

W homilii biskup świdnicki, nawiązując do odczytanego fragmentu Ewangelii wg. św. Mateusza rozważał, jakie miejsce w życiu ludzkim zajmuje Bóg, w szczególności, gdy zmaga się z dobrem i złem w świecie. Wskazywał także na rolę Bożej cierpliwości oraz łaski, które z nich płyną w chwilach próby.

– Źródłem dobra jest zawsze Bóg. On zasiewa na roli świata dobre nasienie, z którego wyrasta pszenica, symbol prawdy, dobra i piękna. Niektórzy ludzie w codziennym życiu mają kłopoty z odróżnieniem pszenicy od chwastu, bowiem siewcy chwastu, zła, starają się przekonać odbiorców, że to jest właśnie dobro, które warto wybrać. Kiedy ktoś chce nas okłamać, przedstawia swoje kłamstwo w taki sposób, żeby było wiarygodne, żeby było jak najwięcej podobne do prawdy. Dobrze wiemy, że są to tylko pozory, które oparte są na egoizmie, na krzywdzie drugiego człowieka – zauważył bp Dec.

Następnie biskup świdnicki przypomniał zebranym pielgrzymom najważniejsze postawy, gesty i słowa, które w swoim życiu, na co dzień każdy powinien wykonywać. – Nie zapominajmy o słowach, gestach i czynach, które przybliżają nam Królestwo Boże tu na ziemi. Są to gesty miłosiernej miłości, szacunku, cierpliwość, służebność, poświęcenia – wyliczał kaznodzieja, dodając: – Wprowadzając je w czyn, wyjdziemy z zamknięcia naszych domów, otworzymy się na drugich. Nie będziemy czuli się emerytami, ale wychyleni w przyszłość, mając dobre marzenia, wytrwałą miłość oraz radość w sercu – zauważył bp Dec.

Zwrócił także uwagę na hasło i intencje tegorocznej pielgrzymki. – Hasłem są słowa: „Wolni w Chrystusie” Bóg obdarował nas wolnością, nie chciał nas mieć, jako niewolników, i przez Chrystusa wyzwolił nas z niewoli grzechu – tłumaczył biskup. – W słowach tych zawarte są dwie główne prawdy: Bóg okazuje nam cierpliwość. Z naszej strony potrzebne jest jedynie otwarcie się i pragnienie przyjęcia tej cierpliwości oraz bycie miłosiernym dla drugich, nie myśląc tylko o sobie, o swoim egoizmie, ale o będącym w potrzebie człowieku – dodał kaznodzieja.

Pielgrzymka wyruszyła 31 lipca ze Świdnicy. Błogosławieństwa na drogę udzielił biskup świdnicki Ignacy Dec, który przeszedł połowę pierwszego etapu na trasie pielgrzymki wspólnie modląc się z pielgrzymami.

Warto wspomnieć, że najliczniejszą grupą 15. Pieszej Pielgrzymki Diecezji Świdnickiej na Jasną Górę stanowią pielgrzymi duchowi, którzy w swoich parafiach tworzą grupę nr 7. – Osoby te gromadzą się w parafiach na modlitwie i wspierają duchowo pielgrzymów udających się na Jasną Górę. W ubiegłym roku była to blisko 5 tyś. grupa pątników – zauważył ks. prał. Romuald Brudnowski, główny przewodnik Pielgrzymki Pieszej Diecezji Świdnickiej.

9 sierpnia o godz. 9.00 w kaplicy Cudownego Obrazu biskup świdnicki Ignacy Dec odprawi Mszę św. dziękczynną za dar wspólnego pielgrzymowania do tronu Jasnogórskiej Pani.

Katolicy i luteranie obradowali na temat chrztu i wzrastania w jedności

śr., 01/08/2018 - 10:06
Chrzest i wzrastanie w jedności stanowiły przedmiot obrad Luterańsko-Katolickiej Komisji Studyjnej ds. Jedności. Miały one miejsce w Klingenthal w pobliżu Strasburga we Francji w dniach 18-24 lipca. Brali w niej udział przedstawiciele Światowej Federacji Luterańskiej oraz Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Sesja ta stanowiła zakończenie piątej fazy dialogu katolicko-luterańskiego, rozpoczętej w 2009 roku.

Jak wynika z komunikatu opublikowanego na stronach Światowej Federacji Luterańskiej prace Komisji opierały się na wcześniejszych dialogach ekumenicznych na temat chrztu, usprawiedliwienia, Eucharystii, posługi i apostolskości Kościoła. Zastanawiano się nad tym, jaki rodzaj wspólnoty kościelnej powstaje dzięki wspólnemu zrozumieniu chrztu przez katolików i luteranów.

Chrzest czyni nas zdolnymi by być „drugim Chrystusem”

Po spotkaniu, dr Kaisamari Hintikka ze Światowej Federacji Luterańskiej zauważył, że znalezienie odpowiedzi na to pytanie było ważne ze względu na zobowiązania, które wspólnie wyrazili luteranie i katolicy, na przykład we wspólnym oświadczeniu podpisanym przez papieża Franciszka i prezydenta Światowej Federacji Luterańskiej Muniba Younan podczas spotkania ekumenicznego w Lund 31 października 2016 r. Jednym z nich było podkreślenie bólu odczuwanego we wspólnotach ekumenicznych i rodzinach, które dzielą swoje życie, ale nie mogą gromadzić się wokół tego samego stołu eucharystycznego.

Członkowie komisji zakończyli prace nad sprawozdaniem ze studium, które zostanie sfinalizowane i opublikowane na początku przyszłego roku. Zostanie ono przedstawione Radzie Światowej Federacji Luterańskiej na następnym posiedzeniu.

Gospodarzem spotkania była Papieska Rada ds. Popierania Jedności Chrześcijan na zaproszenie Fundacji Johanna-Wolfganga-von Goethego, we współpracy z Instytutem Badań Ekumenicznych.

Bp Bronakowski: Polacy umierają z powodu alkoholu, a my ich nie ratujemy

śr., 01/08/2018 - 09:56
Nasze narodowe życie społeczne i duchowe niszczy powódź, a my nie widzimy potrzeby budowania wałów – mówił bp Tadeusz Bronakowski w poniedziałek w Miejscu Piastowym k. Krosna podczas 14. Ogólnopolskiej Modlitwy o Trzeźwość Narodu. Biskup pomocniczy łomżyński i przewodniczący Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości podał, że prawie 4 miliony Polaków ma problem z alkoholem, a 11 tysięcy rocznie umiera z jego powodu, a my nie podejmujemy akcji ratunkowej.

– Możemy powiedzieć, że nasze narodowe życie społeczne i duchowe niszczy powódź, a my nie widzimy potrzeby budowania wałów, ani podejmowania akcji ratunkowej. Pozwalamy rozprzestrzeniać się tym zagrożeniom, a zwłaszcza pijaństwu i alkoholizmowi – mówił bp Bronakowski. – Zastanówmy się, czy odpowiedzialny Polak może radośnie i beztrosko świętować niepodległość, gdy ponad 11 tysięcy rodaków umiera rocznie przez legalnie sprzedawany alkohol? – pytał retorycznie kaznodzieja.

Przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości podawał, że w Polsce żyje prawie milion osób uzależnionych. – To tyle, ile łącznie osób zamieszkuje Gdańsk i Poznań. Dwie wielkie metropolie. Armia ludzi doświadczających okrutnego zniewolenia, przegrywających życie, krzywdzących siebie i swoich bliskich – mówił.

Narodowy Program Trzeźwości: edukacja rodzin, udział państwa i Kościoła, zgoda

Wyliczał, że ryzykownie i szkodliwie pije 3 mln Polaków, czyli więcej niż łącznie zamieszkuje Warszawę i Kraków. – Czy potrafimy zrozumieć, że gdybyśmy zebrali osoby uzależnione oraz pijące ryzykownie i szkodliwie w jednym miejscu, to potrzebowalibyśmy Warszawy, Krakowa, Poznania i Gdańska, a więc czterech największych miast naszego kraju. To nie jest margines, to nie jest nic nieznaczący problem – podkreślił.

Za taki stan rzeczy biskup pomocniczy łomżyński winił m.in. tysiące godzin reklamy piwa. Jak zauważył, jest ono promowane przy wielu imprezach, szczególnie sportowych czy muzycznych. Hierarcha zachęcał do włączenia się do inicjatywy 100 dni abstynencji na 100-lecie niepodległości Polski. – Dzięki dobrowolnej abstynencji podejmowanej przez wielu ludzi, możemy dojść do trzeźwości całego narodu – stwierdził.

– Chodzi o zmianę naszej mentalności w tej dziedzinie, by nie było tak, jak jest obecnie. Polskość zawsze powinna kojarzyć się z trzeźwością i abstynencją, a nie z pijaństwem i proalkoholową mentalnością – mówił bp Bronakowski.

Mszy św. w Sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. ks. Bronisława Markiewicza przewodniczył metropolita przemyski abp Adam Szal. Wraz z nim Eucharystię koncelebrowali: bp Tadeusz Bronakowski, ks. Dariusz Wilk – przełożony generalny michalitów oraz kilkudziesięciu kapłanów. Do sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława Markiewicza w Miejscu Piastowym przyjechały rzesze pielgrzymów, głównie z Podkarpacia i południa Polski.

Narodowy Program Trzeźwości: edukacja rodzin, udział państwa i Kościoła, zgoda

śr., 01/08/2018 - 07:47
Na odpowiedzialności rodziny, Kościoła oraz samorządu i państwa opiera się Narodowy Program Trzeźwości. Dokument ten stanowi pokłosie ubiegłorocznego Narodowego Kongresu Trzeźwości. Tradycyjnie już Kościół w Polsce zachęca, by miesiąc sierpień był czasem abstynencji od alkoholu. Z tej okazji przypominamy założenia Narodowego Programu Trzeźwości, ogłoszonego kilka miesięcy temu.

Zaawansowana edukacja dzieci, młodzieży i całych rodzin, kampanie społeczne, zdecydowane zmiany w prawie oraz zaangażowanie instytucji kościelnych, państwowych i samorządowych jest potrzebne do skutecznej realizacji Narodowego Programu Trzeźwości. Aby przyniósł on owoce, konieczny jest też długoletni konsensus społeczny i polityczny – stwierdzają eksperci Zespoły KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości, autorzy prezentowanego dziś dokumentu.

Narodowy Program Trzeźwości (NPT) jest owocem pracy członków Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości. Głównym inicjatorem powstania NPT jest prof. Krzysztof Wojcieszek, wykładowca Wyższej Szkoły Nauk Społecznych „Pedagogium” w Warszawie i konsultor Zespołu KEP.

Powstanie Programu było zapowiadane podczas ubiegłorocznego Narodowego Kongresu Trzeźwości. W zamyśle ma on być zarówno darem na stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę, jak i propozycją działania.

Narodowy Program Trzeźwości opiera się na przesłankach wynikających z potwierdzonego przez współczesną naukę oddziaływania napojów alkoholowych na poszczególne osoby i społeczności oraz na przesłankach wynikających z personalizmu chrześcijańskiego.

Ignorowanie czy lekceważenie którejkolwiek z poniższych przesłanek powoduje znaczną przewagę szkód, które wynikają z używania napojów alkoholowych przez nieletnich oraz z nadużywania takich napojów przez dorosłych.

Narusza to tożsamość, suwerenność, wolność, zdrowie, rozwój i dobrobyt. Istnieją precedensy historyczne i zjawiska współczesne, które wskazują, że ignorowanie troski o trzeźwość wprost zagraża istnieniu narodu1 lub bardzo negatywnie wpływa na jego życie duchowe, społeczne, polityczne, ekonomiczne i pozycję międzynarodową.

Diagnoza problemu

Etanol znajdujący się we wszystkich napojach alkoholowych (piwo, wino, wódka i inne), jest taki sam i działa tak samo. Natomiast napoje alkoholowe o największym stężeniu etanolu (np. wódka) są stosunkowo nowe w historii ludzkości, zatem społeczeństwa są dopiero w trakcie zbierania bolesnych doświadczeń i wniosków wynikających z ich używania.

Jednocześnie alkohol stwarza liczne obiektywne zagrożenia związane z jego używaniem, które bardzo łatwo przekształca się w nadużywanie. Nierzadko prowadzi to do rozległych szkód i wielu dramatycznych cierpień. Eksperci uważają alkohol etylowy za najgroźniejszą w skutkach, szeroko stosowaną substancję psychoaktywną (narkotyk), ze względu na kumulowanie się szkód indywidualnych i społecznych.

Niektórzy są bardziej niż inni podatni na uzależnienie od alkoholu lub na inne szkody związane z używaniem tej substancji. Przy określonych społecznych wzorach spożycia (np. tzw. towarzyski przymus picia), skazuje to takie osoby na dramatycznie negatywne konsekwencje osobiste lub rodzinne. Świadomość społeczna związana z wiedzą o tym, kto jest bardziej narażony na szkody alkoholowe, jest zbyt mała i zbyt słabo stosowana w praktyce.

Nawet niewielkie ilości spożywanego alkoholu niosą ze sobą potwierdzone ryzyko (np. wzrost zapadalności na niektóre nowotwory), a większość szkód alkoholowych jest powodowana nie przez osoby uzależnione (zwanych alkoholikami), ale przez nieuzależnionych spożywających alkohol nieostrożnie. Zatem głównym źródłem większości negatywnych konsekwencji używania alkoholu etylowego jest prosty brak umiaru.

Taka sytuacja sprawia, że napoje zawierające alkohol etylowy nie mogą być traktowane jak zwykły towar konsumpcyjny, a formy ich ewentualnego spożywania powinny podlegać ściśle określonym regułom prawnym i kulturowym, zmniejszającym prawdopodobieństwo wystąpienia szkód.

Napoje alkoholowe nie są konieczne do życia. Najlepszą indywidualnie i społecznie sytuacją jest pełna abstynencja od alkoholu etylowego. Siła tradycji, potrzeb, obyczajów i nawyków społecznych sprawia, że perspektywa całkowitego usunięcia tej substancji psychoaktywnej z użytkowania wydaje się na chwilę obecną odległa.

Jednak cel w postaci stopniowego ograniczania używania alkoholu jest zasadny, biorąc pod uwagę potwierdzoną naukowo jego wielką szkodliwość. Z każdą ilością spożywanego alkoholu wiążą się określone ryzyka, które powinni znać ewentualni konsumenci. Dlatego stosunek do spożywania tej substancji powinien być określany w oparciu o obiektywne badania naukowe, uwzględniające zarówno aspekty pozytywne, jak i negatywne.

Abstynencja lub umiar

Jak wskazują doświadczenia historyczne, trwała trzeźwość nie może być osiągnięta drogą narzucenia społeczeństwu radykalnych ograniczeń (np. prohibicja) wbrew jego dążeniom, ale może być efektem stopniowego procesu, opartego o zasadę społecznej akceptacji koniecznych ograniczeń.

Wypracowanie trwałej i powszechnej moralnej sprawności w postaci trzeźwości przez wszystkich Polaków jest istotą Narodowego Programu Trzeźwości. Konkretnie oznacza to pełną abstynencję osób nieletnich i szczególnie wrażliwych na szkody alkoholowe. W przypadku dorosłych oznacza to abstynencję lub umiar.

Tego celu nie da się osiągnąć bez praktykowania świadomej abstynencji przez znaczącą część Narodu, bez znaczącego spadku poziomu spożycia napojów alkoholowych oraz bez zmiany obecnych sposobów używania napojów alkoholowych (w kierunku wykluczającym upijanie się oraz zbyt częstą konsumpcję). Radykalne ograniczenie aktualnego poziomu spożycia jest najważniejszym i kluczowym celem pośrednim oraz warunkiem bezwzględnym na drodze do trzeźwości wszystkich.

Polska leży w centrum Europy, w której notuje się największe spożycie alkoholu etylowego na świecie i najwięcej problemów alkoholowych z tym związanych. Nasze wskaźniki spożycia alkoholu na tle innych narodów europejskich są średnie.

Jak piją Polacy?

Polska leży w centrum Europy, w której notuje się największe spożycie alkoholu etylowego na świecie i najwięcej problemów alkoholowych z tym związanych. Nasze wskaźniki spożycia alkoholu na tle innych narodów europejskich są średnie.

Spożycie alkoholu “na głowę” dla osób powyżej 15. roku życia jest w Polsce wysokie (12,5 l) i dwukrotnie wyższe od średniej światowej. W stosunku do całej populacji w Polsce wynosiło ono w 2015 r. 9,41 litra czystego alkoholu na mieszkańca rocznie.

Bardzo wysokie są wskaźniki spożycia w grupie dużo pijących obywateli, którzy używają alkoholu etylowego jak narkotyku (częste upijanie się, wysokie stężenie alkoholu w ciele). Związane są z tym nadmiernie wysokie wskaźniki osób uzależnionych i szkodliwie pijących.

Bardzo duża jest dostępność napojów alkoholowych (geograficzna, ekonomiczna, kulturowa), w tym dla nieletnich. Odsetek sprzedawców naruszających prawo o zakazie sprzedaży napojów alkoholowych nieletnim wynosi w zależności od badań między 35 a 85%. Teoretycznie znacząca część zezwoleń powinna być co roku cofana z tego powodu, a nie jest.

Wpływy przemysłu alkoholowego są ogromne, istnieje też tolerancja dla przypadków łamania prawa dotyczącego alkoholu. Przykładem są liczne nowelizacje ustawy o wychowaniu w trzeźwości, zwłaszcza historia zgody polskiego Parlamentu na picie napojów alkoholowych na stadionach piłkarskich czy zniesienie większości ograniczeń reklamowych. Jest to, zdaje się, jedna z częściej nowelizowanych ustaw.

Z drugiej strony, nadal zbyt mała jest dostępność terapii i rehabilitacji dla osób uzależnionych i członków ich rodzin. Nieznaczny jest też wpływ licznych abstynentów i praktykujących umiar (jest to „milcząca większość” społeczeństwa polskiego) na obyczaje i regulacje prawne w sprawach alkoholu.

Wśród Polaków zbyt mała jest wiedza o naturze problemów alkoholowych i rozpowszechnione są błędne przekonania, czyli uznawanie picia napojów alkoholowych za czynność powszechną, normalną i taką, która nie pociąga za sobą ryzyka; częste jest też opieranie się na mitach i stereotypach dotyczących alkoholu, również w tych grupach społecznych, które z powodów zawodowych powinny wykazywać się większą wiedzą, jak np. lekarze, prawnicy, policjanci, dziennikarze czy wychowawcy.

Szkodliwe wzory spożycia są łatwo przekazywane w kolejnych pokoleniach, obyczajowość jest przesycona złymi nawykami, a sytuację pogarsza dodatkowo wpływ bardzo intensywnego marketingu napojów alkoholowych (reklama, akcje promocyjne, szeroka dystrybucja).

Publicznie znane naruszenia obyczajów alkoholowych, zwłaszcza przedstawicieli elit społecznych, spotykają się z nadmierną tolerancją („alkohol jest dla ludzi”), co utrwala silną pozycję picia w codziennej obyczajowości.

Zbyt wielu Polaków nie umie używać napojów alkoholowych w sposób minimalizujący ryzyko (kultywują tzw. północno-wschodni model spożycia z akcentem na upijanie się). To sprawia, że zakres i ciężar szkód alkoholowych w Polsce jest wyższy, niż mógłby być przy podobnym poziomie spożycia „per capita” występującym w innych krajach. Ukazują to wyraźnie porównania międzynarodowe (np. wskaźniki w Polsce i we Włoszech).

Główne obszary szkód

Główne ujemne skutki braku trzeźwości Polaków to zwłaszcza:

– liczne szkody zdrowotne, w tym: nowotwory, choroby układu krwionośnego, nerwowego, trawiennego, marskość wątroby, choroby trzustki, Płodowy Zespół Alkoholowy (FAS);

– śmiertelne zatrucia, wypadki, samobójstwa, utonięcia, zamarznięcia;

– ciężkie naruszenia prawa (w tym zabójstwa, bójki, napady, przemoc domowa);

– obniżenie wydajności w pracy, zniszczenia mienia publicznego i prywatnego, koszty przestępstw, awarii i katastrof, straty z powodu nadumieralności i inwalidztwa;

– duża liczba osób uzależnionych (między 640 tysięcy a milionem obywateli) i bardzo duża grupa osób szkodliwie i ryzykownie pijących – ok. 3 mln;

– kilkumilionowa (4-5 mln) rzesza osób współuzależnionych (w tym ok. 1 mln dzieci) wykazujących zaburzenia zdrowotne, psychiczne i rozwojowe, ogromnie obciążonych stresem;

– bezpośredni i decydujący wpływ na przemoc domową, także wobec dzieci (ok. 70% przypadków);

– rozpad więzi rodzinnych i znaczący wpływ na liczbę rozwodów;

– większość przypadków bezdomności i duży wpływ na chroniczne bezrobocie wielu osób;

– duży zakres strat rozwojowych ludzi młodych (straty o różnorodnym charakterze, od biologicznych po psychologiczne i duchowe);

– znaczne koszty usuwania szkód alkoholowych (np. koszty leczenia) na poziomie znacznie przekraczającym wpływy z obrotu napojami alkoholowymi;

– niezdolność do miłości oraz popadanie w drastyczny kryzys duchowy, moralny i religijny.

Niemal wszystkie te straty mogą ulegać istotnemu ograniczeniu w przypadku postępu w zmniejszaniu średniego spożycia, a zwłaszcza zmiany wzorów używania alkoholu w Polsce. Są wśród nich i takie, które można wyeliminować prawie całkowicie, jak np. FAS.

Trudne do oszacowania są natomiast takie szkody, jak ogólne osłabienie życia duchowego, dezintegracja wspólnot lokalnych, zmniejszenie poczucia bezpieczeństwa publicznego czy straty kulturowe. Społeczeństwo, przy tak wysokim poziomie problemów występującym w naszym kraju, jest jako całość słabsze i mniej suwerenne wewnętrznie.

Zasadnicze cele Narodowego Programu Trzeźwości

Zasadniczym celem jest trzeźwość Narodu. Ze względu na głęboko zakorzenione zwyczaje alkoholowe w życiu społecznym oraz wywoływaną przez nie destrukcję osób i grup społecznych, należy realistycznie przewidywać czas realizacji Narodowego Programu Trzeźwości, obejmujący jedno pokolenie (25 lat), aby utrwaliła się zmiana postaw. Natomiast szczegółowe plany jego realizacji i aktualne priorytety powinny być formułowane corocznie i poddawane systematycznej ocenie.

Wśród celów edukacyjno-kulturowych jest rozpowszechnienie niezbędnej wiedzy na temat szczegółów działania alkoholu. Wiedza ta powinna być nagłaśniana wśród konsumentów napojów alkoholowych, w określonych grupach zawodowych i wśród decydentów i liderów społecznych.

Istotne jest też budowanie wystarczającego poparcia społecznego i zgody narodowej wokół koniecznych rozwiązań problemów alkoholowych i nadanie najwyższych priorytetów tej zmianie.

Konieczne jest ponadto przemiana dotycząca używania alkoholu w świadomości i obyczaju Polaków, przezwyciężenie normy „pije się” – rezygnacja z dominacji „narkotycznego” używania alkoholu w kulturze życia codziennego.

Ważne jest następnie dojście do realnej abstynencji dzieci i młodzieży do 21. roku życia, osiągniętej przy aktywnym udziale odpowiednich grup dorosłych, jak rodzice, duszpasterze, nauczyciele i urzędnicy.

Potrzebna jest też zmiana sposobu spożywania napojów alkoholowych przez Polaków tak, aby alkohol nigdy nie był używany w charakterze silnego narkotyku, czyli używanie bez nadużywania i upojenia, rozsądniejsze wzory korzystania z alkoholu.

Ponadto potrzebne jest wykluczenie picia z wielu szczególnie wrażliwych sytuacji życiowych i zawodowych, jak np. praca zawodowa, kierowanie pojazdami, ciąża i karmienie piersią, opieka nad dziećmi i inne, zgodnie ze stale aktualizowaną wiedzą.

Wreszcie należy dążyć do obniżenia rocznego spożycia alkoholu na mieszkańca przynajmniej do połowy średniej światowej, czyli nie więcej niż 6 litrów. Istotne jest też stanowcze przeciwdziałanie wszelkim formom naruszania prawa i przemocy na tle alkoholowym.

Autorzy Narodowego Programu Trzeźwości postulują też faktycznie zapewnienie wszystkim osobom dotkniętym problemami alkoholowymi odpowiedniej pomocy z wykorzystaniem wiedzy naukowej i programu Dwunastu Kroków AA. Chodzi tu zwłaszcza o lepszą dostępność do dobrych usług terapeutycznych, objęcie profilaktyką i terapią członków rodzin osób uzależnionych, w tym współmałżonków i dzieci czy pomoc dla dorosłych dzieci alkoholików (DDD/DDA).

Trzeźwościowy potencjał

Polska ma tradycję historyczną społecznego budowania trzeźwości od około XVII wieku, opartą na wysiłkach wybitnych działaczy (św. o. Stanisław Papczyński, bł. ks. Bronisław Markiewicz, kard. Stefan Wyszyński czy ks. Franciszek Blachnicki). Nasz kraj charakteryzuje przewaga liczebna dorosłych abstynentów nad pijącymi problemowo, a przynajmniej znaczna przewaga umiarkowanie pijących. W znacznej części społeczeństwa, w tym u niektórych autorytetów społecznych, ocena trzeźwości jest wysoka.

Jan Paweł II, Piłsudski, Wyszyński – Polacy wybrali osobistości stulecia

Kościół katolicki, inne kościoły i związki wyznaniowe wykazują stałą troskę o trzeźwość. Na terenie kraju w ciągu roku odbywa się tysiące duszpasterskich inicjatyw trzeźwościowych, między innymi: pielgrzymki, rekolekcje i spotkania modlitewne.

Działają kościelne ruchy abstynenckie (np. Krucjata Wyzwolenia Człowieka57 i Ruch Światło Życie („Oaza”), katolickie bractwa trzeźwościowe, Stowarzyszenie Wesele Wesel, harcerstwo, Dziecięca Krucjata Niepokalanej). Funkcjonuje aktywna sieć grup samopomocowych (kilka tysięcy grup AA i kilkaset grup Al-Anon). Działają liczne stowarzyszenia i kluby abstynenta.

Nasz system prawny uznawany za modelowy w skali europejskiej, jednak zbyt słabo wykorzystywany w praktyce, ma tradycje sięgające początków niepodległej Polski. Niestety, liczne nowelizacje zdeformowały to prawo. Istnieją za to precyzyjnie zdefiniowane obowiązki samorządu i rządu, istnieje prawna możliwość oddolnych działań obywateli. Ustawowo przewidziane są zasoby finansowe samorządów przeznaczane na profilaktykę i rozwiązywanie problemów alkoholowych.

Istnieje sieć instytucji systematycznie działająca na obszarze problematyki trzeźwościowej, zarówno samorządowych, rządowych, jak i pozarządowych. Wspominają o nich sprawozdania i rekomendacje Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Istnieje wreszcie grupa specjalistów z zakresu terapii uzależnień i profilaktyki z wysokimi kompetencjami, pracująca w oparciu o tzw. polski model rozwiązywania problemów alkoholowych, co wydatnie zwiększyło skuteczność terapii uzależnień. w ostatnich latach zgromadzony zostało duży zasób doświadczeń praktycznych i programów lokalnych – każda gmina przygotowuje własne rozwiązania.

Znaczący, chociaż nadal niewystarczający, jest zasięg szkolnych programów profilaktycznych. Zbudowany jest system ich oceny i rekomendacji. Nieograniczony jest dostęp do fachowej literatury naukowej oraz zasad sformułowanych w Narodowych Programy Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, a opracowanych przez ekspertów na zlecenie Ministerstwa Zdrowia.

Wszystkie te zasoby wymagają ochrony, wzmacniania i propagowania. Polacy mają prawo je znać, doceniać i wykorzystywać. Zwłaszcza jednak dorobek prawno-organizacyjny wymaga stałej uwagi i naprawy, gdyż jest, jak się wydaje, przedmiotem stałego nacisku ze strony różnych środowisk, które nie są zainteresowane rozwiązywaniem polskich problemów alkoholowych.

Szczegółowe sposoby realizacji

Początkiem Narodowego Programu Trzeźwości jest jego proklamowanie wraz z pozyskaniem autorytetów społecznych, lokalnych i ogólnopolskich. Konieczna jest praca „metapolityczna” dla osiągnięcia tego celu, spotkania dla uzyskania konsensusu społecznego, edukacja elit politycznych, wzbudzenie społecznego zainteresowania tematyką trzeźwości.

Kolejnym etapem jest ustanowienie odpowiednio umocowanego prawnie stałego zespołu ekspertów, zainteresowanych środowisk, kluczowych instytucji kościelnych, państwowych, samorządowych i pozarządowych. Jego celem powinno być zaplanowanie i cyklicznie monitorowanie etapów Narodowego Programu Trzeźwości.

Następnie trzeba rozpocząć edukację publiczną prezentującą Program i jego znaczenie, w tym pozyskanie przedstawicieli mediów i świata kultury, uruchamianie działań sieciowych, opartych na współpracy wolontariuszy. Konieczna jest mobilizacja w Kościele do zaangażowania na płaszczyźnie formacji osobowej i społecznej, a przede wszystkim modlitewnej do realizacji Programu.

Edukacja powinna być dalej rozwijana w sposób bardziej specjalistyczny i dotyczyć konkretnych problemów alkoholowych i metod ich rozwiązywania. Nie można zapominać o dokonywaniu systematycznej diagnozy problemów alkoholowych, również na poziomie najbardziej lokalnym.

Faza intensywnych działań to z kolei ograniczenie dostępności napojów alkoholowych (w tym w drodze przygotowanych edukacyjnie i zaakceptowanych społecznie zmian legislacyjnych, od poziomu Sejmu do poziomu gminy, np. zezwoleń na obrót napojami alkoholowymi na danym terytorium, ograniczenia marketingowe, zwłaszcza reklamy, ograniczenia lobbingu, wpływ poprzez ceny i podatki).

Następnie konieczna jest aktywna promocja medialna i środowiskowa dojrzałej i świadomej abstynencji oraz kampanie przeciw pijaństwu elit, nacisk społeczny na gremia polityczne i elity zawodowe, zmiany w prawie utrudniające pijaństwo w pracy, specjalistyczne programy interwencyjno – profilaktyczne w wybranych środowiskach zawodowych o zwiększonym ryzyku problemów alkoholowych.

Wreszcie potrzebne jest wzmocnienie prawa ograniczającego dostępność napojów alkoholowych dla osób nieletnich i równolegle inwestowanie w rozwój programów profilaktycznych, przygotowanie nauczycieli do roli profilaktyka – tak, aby objąć różnymi formami pracy wszystkich młodych ludzi, a także praca edukacyjna z całymi rodzinami.

Utrwaleniem oddziaływania Narodowego Programu Trzeźwości będzie przede wszystkim wprowadzanie w życie nowych skutecznych programów profilaktycznych, których głównym celem będzie uczenie dzieci, młodzieży i dorosłych dojrzałej sztuki życia we wstrzemięźliwości. Najistotniejsza wydaje się praca na rzecz rodzin, czyli środowisk, w których dokonuje się największa ochrona przed spożywaniem alkoholu.

Aby Narodowy Program Trzeźwości mógł zacząć działać, musi być rezultatem konsensusu poszczególnych środowisk zawodowych, elit społecznych i decydentów politycznych – tak, aby naturalnie zachodzące w demokratycznym kraju zmiany rządzących i sposobów określania taktyki polityki społecznej nie powodowały przerwania realizacji długofalowej strategii Programu.

Łacina wiecznie żywa

śr., 01/08/2018 - 07:43
“Gdybyśmy chcieli wydać wszystkie dzieła łacińskie powstałe od upadku cesarstwa zachodniorzymskiego aż do współczesności, mielibyśmy 5 milionów tomów, co daje dwa miliardy pięćset milionów stronic łacińskiego tekstu” – mówi w rozmowie z KAI Marcin Loch, filolog klasyczny z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, organizator Letniej Szkoły Żywej Łaciny. Dawid Gospodarek (KAI): Wszyscy mówią, że łacina jest martwym językiem, a Państwo nazywacie swoje kursy “łacina żywa”. To wskrzeszanie to jakaś prowokacja?

Marcin Loch: – Bynajmniej! Nikt nie chce ożywiać łaciny, bo jej olbrzymim walorem jest właśnie to, że jest – kolokwialnie mówiąc – „martwa”, czyli niezmienna. Chociaż tak naprawdę z naukowego punktu widzenia łacina nie jest ani językiem żywym, ani martwym – dziś w językoznawstwie odchodzi się od tej terminologii.

Paradoksalnie, po raz pierwszy łacinę nazwano martwą w czasach, w których cały uczony świat władał nią na co dzień. Tej przenośni (bo taka kategoryzacja na „żywe” i „martwe” jest zaczerpnięta raczej z nauk przyrodniczych) użył Marc-Antoine de Muret w XVI, wieku podkreślając walory nauki i używania języków klasycznych. Argumentował, że języki żywe, czyli te, którymi posługują się różne narody (jak to określił – „niewykształcone pospólstwo”), nieustannie się zmieniają, że nasza dzisiejsza mowa nie będzie dobrze rozumiana przez nasze prawnuki, tymczasem łacina jako „niczyja, będąca we władaniu ludzi uczonych”, jest niezmienna, tak jakby martwa i to jest jej olbrzymia zaleta. Jeśli raz napisze się coś po łacinie, to pozostanie to zrozumiałe dla każdego użytkownika tego języka, niezależnie od jego narodowości czy czasów, w których żyje.

Łacina jest więc idealnym, ponadczasowym nośnikiem do trwałego zapisywania doktryn, traktatów filozoficznych czy dogmatów. Dlatego właśnie Kościół przez całe wieki bronił się przed tłumaczeniem świętych ksiąg na języki żywe – bo każdy przekład z upływem czasu się starzeje. Właściwie na użytek każdego nowego pokolenia trzeba dokonywać nowych tłumaczeń, a to rodzi wiele trudności, staje się okazją do pomyłek, powstawania herezji etc.

KAI: Widać ten problem na przykładzie tłumaczenia Mszału – to, które jest w użyciu aktualnie, ma sporo braków, nad tłumaczeniem trzeciej edycji prace trwają już 16 lat…

– Dokładnie. „Martwość” łaciny jest więc jej olbrzymią zaletą. I nie ma ona nic wspólnego z tym, czy w tym języku można dziś rozmawiać czy nie. Łacina jest językiem o tradycji ciągłej, to znaczy, że nigdy od czasów upadku Rzymu nie było takiego momentu w historii, by nie było na świecie absolutnie nikogo, kto potrafiłby mówić po łacinie. Nawet dziś, w XXI w., szacuje się, że na świecie jest około 5000 ludzi biegle władających łaciną w mowie i w piśmie. Istnieje także kilka szkół (a ich liczba powoli rośnie), w których łacina jest językiem wykładowym.

KAI: Od 18 lat organizujecie w Poznaniu Letnie Szkoły Żywej Łaciny. Dlaczego „żywej”?

– Bo na ogół nauka tego języka kojarzy się nie z łaciną jako taką, ale jedną tylko metodą stosowaną w jej nauczaniu od początków XIX wieku, polegającą na zakuwaniu tabelek, końcówek, regułek gramatycznych i pracy ze słownikiem. Żmudne, trudne, mało efektywne i… właśnie martwe. Na takich lekcjach nie mówi się po łacinie, ale recytuje wyuczone sentencje, odszyfrowuje teksty za pomocą słownika i gramatyki. W tej sytuacji bardzo trudno agitować za nauką łaciny, skoro u większości tych, którzy się z nią zetknęli w szkole czy na studiach, słowo „łacina” budzi takie właśnie skojarzenia. Dlatego musimy używać sformułowania „żywa łacina”, by zwrócić uwagę, że proponujemy jednak coś innego.

Na kursach „żywej łaciny” pracujemy metodami podobnymi do tych, jakimi naucza się języków nowożytnych – tu każda minuta jest przepełniona łacińską mową, nikt nie korzysta ze słowników, nie zagląda do tabelek ani nie tłumaczy niczego na język ojczysty. Przekonanie o tym, że łacina jest martwa, bo nikt w niej nie mówi, jest zupełnie niewłaściwe i wynika z błędnego rozumienia przenośni użytej przez Mureta.

KAI: Po co dziś w Polsce ludzie zajmujący się łaciną?

– Łacina była językiem urzędowym naszego państwa od czasów pierwszych Piastów aż do upadku I RP w 1795 roku. Co z tego wynika? Większość dokumentów wydawanych przez kancelarię królewską, zachowanych akt sądowych, kronik, umów, protokołów z posiedzeń rad miejskich, sejmów, metryk parafialnych etc., a więc źródeł do badania historii naszego kraju, jest po łacinie (że nie wspomnę o poezji Kochanowskiego, Janickiego czy Sarbiewskiego). Większość z nich nie została ani wydana, ani opracowana, a tym bardziej przetłumaczona. Łacina jest więc częścią naszego kulturowego dziedzictwa.

W preambule do konstytucji zobowiązujemy się do tego, by przekazać następnym pokoleniom wszystko to, co najwspanialsze i najcenniejsze z naszego ponad 1000-letniego dorobku. Sęk w tym, że lwia część tego dorobku jest spisana w języku łacińskim, a łaciny prawie nie ma w polskich szkołach.

KAI: Na ostatnim soborze też mówiono o wadze łaciny, powtarzali papieże, a w Kościele jest podobnie…

– Nie ma łaciny w polskich kościołach, na lekcjach religii, podczas przygotowania do I komunii czy bierzmowania, pomimo jasnych zaleceń II Soboru Watykańskiego i innych dokumentów – należy do nich chociażby konstytucja apostolska Veterum sapientia promulgowana przez Jana XXIII w 1962 roku.

Sobór zezwolił wprawdzie na dopuszczenie do użytku w liturgii w większym zakresie języków narodowych, jednak jednocześnie jasno określił, że należy dbać o to, by wierni umieli czynnie uczestniczyć w obrzędach sprawowanych w języku łacińskim (KL p. 36 i 54). Tymczasem Kościele w Polsce łacina została właściwie wyrugowana do tego stopnia, że trudno u nas znaleźć nawet jakiekolwiek łacińskie posoborowe księgi liturgiczne, a po posoborowy łaciński brewiarz trzeba udać się do któregoś z rzymskich sklepów.

KAI: A jaka jest sytuacja łaciny w innych państwach?

– Kultura starożytnych Rzymian i teksty spisane przez wieki w ich języku są fundamentem naszej kultury, każdy kraj europejski ma jakiś swój łaciński dorobek. Dlatego łacina jest obecna w szkolnictwie wielu krajów europejskich w o wiele większym zakresie niż u nas obecnie. By nie szukać daleko przykładów: około 30% uczniów średnich szkół ogólnokształcących w Niemczech uczy się łaciny, u nas jest to zaledwie 2,9%, jest też różnica jakościowa – w Niemczech kurs łaciny trwa 230-600 godzin lekcyjnych w całym cyklu nauczania, u nas przeciętnie jest to 30-60 godzin (najczęściej nie jest to kurs łaciny klasycznej, ale łacińskiej terminologii medycznej lub prawniczych sentencji), a zupełnym maksimum jest 240 godzin oferowane w zaledwie 25 polskich szkołach.

Wniosek z tego płynie taki, że niemiecki czy włoski maturzysta, historyk, archeolog, teolog czy ksiądz, ma w tym zakresie wyższe kompetencje zawodowe niż absolwenci analogicznych szkół czy kierunków studiów w Polsce. W tej sytuacji znajomość łaciny w Polsce ogranicza się do wąskiego grona specjalistów od tego właśnie języka – filologów klasycznych. Brakuje nam specjalistów innych dziedzin dobrze znających łacinę.

KAI: Czy każdy musi znać łacinę?

– Oczywiście nie chodzi tu o to, by każdy Polak znał łacinę, bo to jakaś nieosiągalna utopia. Chodzi o to, by zmienić trochę myślenie, by społeczeństwo – a więc rodzice, wychowawcy, dyrektorzy szkół, dziekani wydziałów, politycy i duchowni – mieli świadomość, że łacina to spory kawałek naszej historii i kultury, że jej znajomość jest czymś pożądanym i potrzebnym. Poza tym, dlaczego pod tym względem mamy pozostawać w tyle Europy?

KAI: Po co uczyć się łaciny, skoro w księgarni nie znajdę książek w tym języku?

– Dziś, w XXI wieku mamy o wiele większy dostęp do tekstów łacińskich, niż kiedykolwiek do tej pory. Wszystko dzięki digitalizacji zasobów bibliotecznych. Nie wychodząc z domu możemy przeglądać zbiory Biblioteki Watykańskiej, Biblioteki Kongresu i wielu innych prestiżowych bibliotek, dostępne online zupełnie za darmo. Wystarczy tylko dobrze znać łacinę, by móc dokonać jakiegoś przełomowego odkrycia. Dlaczego Polacy mają być tu znowu w tyle?

Także i polskie biblioteki skanują swoje zbiory – na portalu polona.pl możemy czytać i podziwiać piękne brewiarze, kancjonały, dokumenty polskich królów czy nawet rękopis kroniki Długosza. Wszystko za darmo, w otwartym dostępie. Grzech nie korzystać i oddawać pole do popisu naszym sąsiadom.

KAI: Od kilkunastu lat tłumaczony jest nowy Mszał, nie przetłumaczono wszystkich dzieł Tomasza z Akwinu, Ojców Kościoła. Rzeczywiście, w świecie katolickim łacina może się przydać. Niby jest w seminariach i wydziałach teologicznych, ale absolwenci jej nie znają. Dlaczego?

– I to jest właśnie to, o czym wspominałem wcześniej – tłumaczenie wszystkiego dla każdego nowego pokolenia jest wręcz niemożliwe. Tłumaczenie ważnych ksiąg liturgicznych, dzieł filozoficznych i wielu innych tekstów specjalistycznych, jest bardzo trudne, wymaga bowiem wielu uzgodnień, ustalenia odpowiednich terminów, których częstokroć brakuje w językach nowożytnych. Problemem jest też niska znajomość łaciny wśród specjalistów poszczególnych dziedzin – wśród teologów, lekarzy, prawników, historyków…

Dziś tłumaczenia tekstów specjalistycznych w Polsce zleca się właśnie filologom klasycznym (czyli specom od łaciny Cezara, Cycerona i Horacego), którzy muszą poszerzać swoje kompetencje o kolejne dziedziny. Trudno stać się teologiem, lekarzem czy prawnikiem, jedynie w kontakcie ze słownikiem albo po przeczytaniu kilku książek. To zabiera dużo czasu. O wiele lepiej byłoby, gdyby teksty historyczne tłumaczył historyk, teologiczne teolog, filozoficzne filozof i tak dalej – przekłady powstawałyby szybciej i nie wymagałyby tylu konsultacji. Oczywiście są tutaj chlubne wyjątki, jednak w codziennej praktyce zawodowej spotykam się z wieloma prośbami o przetłumaczenie jakichś tekstów historycznych, dotyczących np. historii wojskowości, ustroju politycznego, procesów sądowych itd. na użytek specjalistów w tych dziedzinach. Jeśli popełnię błąd, ktoś może na jego podstawie wysnuć błędne wnioski…

KAI: A jak jest z tłumaczeniem treści religijnych?

– W wypadku tekstów religijnych nowe przekłady często się nie przyjmują, ponieważ różnią się od silnej dotychczasowej tradycji. Przykładem jest tu choćby tekst Modlitwy Pańskiej znacznie odbiegający w najnowszych wydaniach Nowego Testamentu od formuły, której wyuczyliśmy się od naszych babć i matek. Nic nie zmieni „odpuszczania naszym winowajcom” i „wodzenia na pokuszenie”. Nie przestaniemy też „wierzgać przeciw ościeniowi”, pomimo że dziś mało kto wie, co to jest oścień… Ale takie konsekwencje niesie ze sobą rezygnacja z łaciny i wszechstronne używanie języków narodowych w liturgii.

KAI: Czyli trzeba uważać z przekładami.

– Przekłady są też często pułapką, ponieważ ich istnienie staje się dla wielu osób usprawiedliwieniem, że nie warto uczyć się łaciny, skoro można sięgnąć po przekład i można przekładowi zaufać, wszak nie dokonał go byle kto – po co więc sięgać do oryginału? To bardzo zgubny sposób myślenia.

Często spotykam się też z opinią, że wszystko zostało już przetłumaczone. Nic bardziej mylnego. Wyobraźmy sobie, że chcemy wydać w jednej serii identycznych 500-stronicowych książek wszystkie dzieła łacińskie, jakie istnieją. Gdybyśmy chcieli wydać wszystkie zachowane łacińskie dzieła pogańskie starożytności (np. Cezara, Cycerona, Horacego, Wergiliusza i innych), zmieściłyby się one w 100 takich tomach. Gdybyśmy chcieli dodać do tego wszystkie starożytne łacińskie dzieła chrześcijańskie, otrzymamy kolejne 400 tomów. Natomiast gdybyśmy chcieli wydać wszystkie dzieła łacińskie powstałe od upadku cesarstwa zachodniorzymskiego aż do współczesności, mielibyśmy 5 milionów tomów, co daje dwa miliardy pięćset milionów stronic łacińskiego tekstu! Prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się przekładu tych wszystkich dzieł na język polski czy angielski, rozsądniej jest więc nauczyć się łaciny i zasiąść do lektury, niż starzeć się w oczekiwaniu na przekłady.

KAI: Czyli łacinnicy mają dość pracy pewnie aż do końca świata…

– Tylko pytanie, czy ktoś zechce ich do tej roboty zatrudnić?

KAI: Wróćmy do poprzedniej kwestii – dlaczego absolwenci teologii nie znają łaciny, mimo że mają ją w programie?

– Wydaje mi się, że z dwóch powodów – po pierwsze najwyraźniej uważają, że nie jest im potrzebna – wszak dziś przeciętny obywatel ma naprawdę niewiele okazji, by zetknąć się z łaciną (chyba, że spacerując po mieście czy wchodząc do kościoła, rozgląda się po murach wyszukując łacińskich inskrypcji lub przeczesuje pod tym kątem internet). Po drugie z powodu przestarzałych metod używanych w jej nauczaniu. Tabelki, gramatyka i końcówki, a wszystko po to, by z najwyższym mozołem przetłumaczyć (niekoniecznie poprawnie) jedno zdanie. Gdy ktoś z takim doświadczeniem i skojarzeniami staje się dziekanem wydziału, ministrem, dyrektorem szkoły, czy jakąkolwiek osobą decydującą o kursie łaciny, to dąży albo do zlikwidowania tego przedmiotu, albo do ograniczenia go do absolutnego minimum, nie pozwalającego na opanowanie tego języka.

Przy 30 czy 60 godzinach żadna metoda się nie sprawdzi, po prostu nie da się nauczyć absolutnie żadnego języka w 30 czy 60 godzin, zwłaszcza na poziomie pozwalającym czytać i rozumieć (a już zwłaszcza tłumaczyć) teksty literackie. A niestety tyle trwa przeciętnie kurs łaciny w liceum czy na studiach. W przypadku seminariów duchownych czy w ogóle teologii to dotyczy nie tylko łaciny, ale i starożytnej greki oraz biblijnej hebrajszczyzny.

KAI: Co proponujecie? Jaka jest wasza metoda?

– Język, jak sama nazwa wskazuje, jest przeznaczony dla języka, nie dla oczu i ręki. O wiele łatwiej jest ściąć drzewo posługując się siekierą – narzędziem specjalnie do tego stworzonym – niż łyżeczką do herbaty. Oczywiście są i tacy, którzy są w stanie to zrobić. Ale po co? Szkoda czasu i trudu. Podobnie jest z językiem: o wiele szybciej nauczymy się go słuchając i mówiąc (czyli używając języka i uszu), niż czytając gramatyki, rysując tabelki i wertując słownik (czyli używając oczu i ręki). A jak to robimy? Wystarczy sięgnąć do googla, albo wziąć udział w naszym kursie (Schola Aestiva Latinitatis Vivae Posnaniensis), by się przekonać. Oczywiście nie jestem w stanie nikogo nauczyć łaciny w dwa tygodnie (bo tyle trwa kurs), ale jestem w stanie nauczyć podstaw i pokazać drogę, pokazać jak się uczyć, by się nauczyć lub też doskonalić umiejętności posiadane przez uczestników.

Jan Paweł II, Piłsudski, Wyszyński – Polacy wybrali osobistości stulecia

Zajęcia (z łaciny i greki) odbywają się na kilku poziomach zaawansowania – mamy grupę przeznaczoną dla tych, którzy nigdy nie uczyli się łaciny czy greki, grupy dla tych, którzy kontynuują naukę. W tych grupach pracujemy na podręczniku Lingua Latina per se illustrata H.H. Ørberga, uważanym za najlepszy podręcznik do łaciny, jaki kiedykolwiek powstał, na grece wykorzystujemy zaś najnowocześniejszy podręcznik Polis napisany przez Christphe Rico. Mamy także grupę dla tych, którzy znają łacinę, ale uczyli się jej „po staremu” i chcą doskonalić swoje umiejętności, zacząć mówić i czytać teksty bez słownika, a także grupy dla tych, którzy bardzo dobrze znają łacinę czy grekę – ci na zajęciach czytają teksty oryginalne i omawiają je po łacinie czy po grecku.

KAI: I będzie można rozmawiać po łacinie?

– Oczywiście. Choć w przypadku łaciny czy starożytnej greki mówienie nie jest oczywiście celem samym w sobie, ale jest krótką i prostą drogą do szybkiego opanowania tych języków w taki sposób, by móc jak najszybciej obcować z tekstami w nich napisanymi – bez nieustannego wertowania słownika i zaglądania do gramatyk. Loquamur ergo Latine!

***

Marcin Loch – filolog klasyczny, doktorant w Instytucie Filologii Klasycznej UAM w Poznaniu, z zamiłowania łacinnik, organista i zegarmistrz. Od wielu lat organizuje letnie i zimowe kursy języka łacińskiego, propaguje nowoczesne metody nauki języków klasycznych.

W dniach 6-19 sierpnia odbywa się w Poznaniu dwutygodniowa Letnia Szkoła Żywej Łaciny, na którą przyjedzie 70 uczestników z całego świata.

Trzeźwość to wolność – Kościół na rzecz abstynencji

śr., 01/08/2018 - 07:40
– Polacy piją dziś o 50 procent więcej alkoholu, niż za czasów PRL, a statystyczny Polak wypija niemal 3-krotnie więcej piwa niż np. mleka, dane te są dramatyczne – mówi KAI bp Tadeusz Bronakowski, przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości. Sierpień jest tradycyjnie miesiącem, w którym Kościół zachęca do abstynencji od alkoholu.

Kościół w Polsce ma długą tradycję walki z największym problemem społecznym w Polsce – plagą alkoholizmu. Niezależnie od zmian historycznych, ustrojowych, społecznych, upadków reżimów, jedno w Polsce się nie zmienia – strumienie alkoholu, towarzyszące licznym rodakom przez całe życie. Zmienia się jedynie styl, można dostrzec różnice pokoleniowe, o czym pisze Autor listu – „starsi toną w morzu wódki, a dzieci i młodzież w morzu piwa”. Co się z tym wiąże – przed Kościołem niezmiennie stoi zadanie – prowadzić do wytrzeźwienia Polaków.

We wrześniu ub. roku pod hasłem „Ku trzeźwości Narodu. Odpowiedzialność rodziny, Kościoła, samorządu i państwa” odbył się Narodowy Kongres Trzeźwości. W kościołach w całej Polsce odprawiono zostały liturgie w intencji trzeźwości, a przy grobie kard. Stefana Wyszyńskiego w katedrze św. Jana Chrzciciela jako wotum złożono postanowienia kongresowe, związane z popularyzacją dzieł na rzecz abstynencji.

Efektem Kongresu był Narodowego Program Trzeźwości, zaprezentowany w lutym tego roku. Dokument wskazuje, że warunkiem skutecznego realizowania programu trzeźwości w Polsce musi być odpowiedzialność i współdziałanie rodziny, Kościoła oraz samorządu i państwa. Opracowanie przynosi szereg konkretnych propozycji dotyczących profilaktyki i walki z alkoholizmem. Zwraca uwagę m.in. na konieczność powszechnej edukacji dotyczącej skutków nadużywania alkoholu oraz wprowadzenia zmian legislacyjnych na rzecz ograniczenia dostępności napojów alkoholowych i ich reklamy.

Zatrważające statystyki

Statystyki nie pozostawiają złudzeń: mamy poważny problem społeczny, który zmienia swą formę, ale jego istota jest ta sama. Z badań (ze sprawozdania z wykonania ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi za 2015 rok), wynika, że ponad 80 proc. dorosłych Polaków spożywa napoje alkoholowe. Piją nie tylko dorośli, ale też młodzież – w badanym okresie aż 71,7 proc. 15-/16-latków oraz 92,7 proc. 17-18-latków.

Dodatkowo niepokoi fakt, że zacierają się różnice między dziewczętami i chłopcami w poszczególnych grupach wiekowych. W 2015 r. odsetek dziewcząt, które piły w czasie ostatnich 30 dni przed badaniem są niemal identyczne jak u chłopców.

W 2015 r. spożyto 9,41 litra czystego alkoholu na głowę, tak samo jak rok wcześniej. Picie napojów spirytusowych i wina pozostało na identycznym poziomie (odpowiednio 3,2 1 i 6,3 1, natomiast piwa wzrosło z 98,9 1 w 2014 do 99,1 1 w 2015 r. W porównaniu z 2014 r. odnotowano po raz kolejny bardzo nieznacznie zmniejszenie się dostępności fizycznej napojów alkoholowych. Na jeden punkt sprzedaży napojów alkoholowych przypadały w 2015 r. 274 osoby. W 2014 r. były to 273 osoby. Warto zauważyć, że spożycie mleka wynosi 3 litry miesięcznie na osobę, a więc jest niemal 3-krotnie mniejsze od spożycia piwa.

Poza prawie 10 litrami czystego alkoholu na głowę dochodzą prawie 3 litry alkoholu nielegalnego pochodzenia. 1,5 mln dzieci żyje w rodzinach z problemem alkoholowym, prawie milion osób jest w Polsce uzależnionych, 3 mln osób pije ryzykownie i szkodliwie. Z powodu przedawkowania alkoholu umiera prawie 11 tys. Polaków rocznie. Od kilku lat około 64 proc. interwencji policji w przypadku podejrzenia przemocy w rodzinie dotyczy sytuacji, kiedy sprawca był pod wpływem alkoholu.

– Ogólnie Polacy wypijają o 50 proc. więcej napojów alkoholowych niż za czasów PRL – ubolewa bp Bronakowski.

Wielka tradycja Kościoła

Kościół od stuleci dostrzegał problem i walkę o trzeźwość narodu uważał za jeden z priorytetów duszpasterskich. Pijaństwo, alkoholizmu, rozpicie wszystkich warstw społecznych od szlacheckich po chłopskie był znany od stuleci. Dostrzegał go założyciel pierwszego polskiego męskiego zgromadzenia zakonnego św. Stanisław Papczyński już w XVII wieku. Ale zwłaszcza wiek XIX był stuleciem intensywnej działalności pro-abstynenckiej Kościoła. Wtedy inicjowano liczne akcje na rzecz propagowania trzeźwości, a w związku z tym określonego stylu życia, pracy i świętowania. Działacze trzeźwościowi powoływali specjalne stowarzyszenia, wydawali prasę, pisali liczne artykuły. W zaborze rosyjskim działał o. Honorat Koźmiński i ojcowie kapucyni, w Galicji ks. Bronisław Markiewicz. Dążył on do tego, aby założone przez niego Zgromadzenie Księży Michalitów, opiekujące się zaniedbaną młodzieżą, szerzyło też idee powściągliwości i powstrzymanie się od picia alkoholu. Wiele artykułów michalickiego czasopisma “Powściągliwość i Praca” poświęconych było temu zagadnieniu. Na Śląsku działali charyzmatyczni duszpasterze, zarazem działacze antyalkoholowi, ks. Jan Ficek i ks. Jan Kapica.

Po wojnie do tej tradycji nawiązywał Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński, inicjator Tygodnia Modlitw o Trzeźwość. Twierdził on, że “Polska albo będzie trzeźwa, albo jej nie będzie”.

Do tych bogatych doświadczeń nawiązywał także ks. Franciszek Blachnicki, wielki propagator trzeźwości. 8 września 1957 roku, w uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, w Piekarach Śląskich – uroczyście ogłosił powstanie Krucjaty Trzeźwości. Inicjatywa ks. Blachnickiego wiązała się także z obchodami Millenium Chrztu Polski. Bezpośrednią inspiracją do założenia Krucjaty Trzeźwości, przemianowanej potem na Krucjatę Wstrzemięźliwości, było złożenie Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. W 1957 r. ks. Blachnicki modlił się na Jasnej Górze za pośrednictwem Matki Boskiej Częstochowskiej, błagając Ją, aby uratowała naród przed potopem alkoholu.

Ważnym momentem w formowaniu się Krucjaty, zainicjowanej przez ks. Blachnickiego było ogłoszenie “Wytycznych Episkopatu dla kościelnej działalności trzeźwościowej” w 1959 r. Episkopat nakreślił w nich ogólne ramy “kościelnej akcji nad wykorzenieniem pijaństwa i ugruntowaniem cnoty trzeźwości w kraju”. Z aprobatą stwierdzał fakt powstawania w ostatnich latach “maryjnego, dynamicznego i skutecznego ruchu abstynenckiego pod nazwą Krucjata Wstrzemięźliwości, mobilizującego pod sztandarem Niepokalanej”.

Krucjata spotkała się z dużym oddźwiękiem wśród wiernych. Zaledwie rok po opublikowaniu “Wytycznych”, w 1960 włączyło się w nią 100 tys. dorosłych członków, w tym 700 kapłanów. W województwie katowickim, gdzie działał ks. Blachnicki, zaczęto odnotowywać realne sukcesy – spadała ilość spożycia alkoholu. Paradoksalnie, władze komunistyczne zamiast aprobować i wspierać inicjatywę charyzmatycznego duszpasterza, uznały ruch za zagrożenie, nie tylko z powodów ekonomicznych (zmniejszały się zyski, jakie czerpały ze sprzedały alkoholu), ale też musiały obawiać się wpływu, zwłaszcza na młodzież. Ksiądz Blachnicki był wielokrotnie przesłuchiwany i szykanowany, poddawany inwigilacji. Nie wpłynęło to jednak na zmianę strategii – inicjatywy antyalkoholowe były nadal podejmowane mimo licznych przeszkód biurokratycznych i utrudnień.

Wysiłek i łaska

W swej walce o trzeźwość Kościół stosuje od zawsze wypróbowaną metodę – do indywidualnego wysiłku dążącego do nawrócenia alkoholika, niezbędna jest łaska. Dlatego przywiązuje tak wielką wagę do modlitw, konferencji i rekolekcji, pielgrzymek.

Jan Paweł II, Piłsudski, Wyszyński – Polacy wybrali osobistości stulecia

W Polsce jest kilka ważnych ośrodków, do których mogą się udać pragnące wydobyć się z uzależnienia osoby. Długą tradycję w walce z alkoholizmem ma Prowincja Warszawska Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. W Zakroczymiu kapucyni od 1968 r. prowadzą Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości im. Ojca Benignusa Jana Sosnowskiego. Co roku przyjeżdża tu około 3,5 tys. osób w poszukiwaniu pomocy w uwolnieniu nie tylko od alkoholu, ale też narkotyków i hazardu. Wsparcie otrzymują rodziny, a z pomocy korzystają także przybysze z zagranicy. Ośrodek prowadzi również spotkania dla osób uzależnionych i współuzależnionych, kursy dla księży i zakonników, dzięki którym uczestnicy zapoznają się z problemem, ważna jest działalność profilaktyczna dla młodzieży. Co dwa miesiące ukazuje się czasopismo “Trzeźwymi bądźcie”, które propaguje idee abstynenckie i konsoliduje środowiska trzeźwościowe.

W Licheniu Zgromadzenie Księży Marianów prowadzi Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym. Zostało ono utworzone w Licheniu po nawiedzeniu w 1999 r. sanktuarium przez Jana Pawła II. Zespół poradni zajmuje się “nowymi ubogimi” współczesnego świata – osobami uzależnionymi i ich rodzinami. W ciągu zaledwie 10 miesięcy od poświęcenia placu budowy powstał budynek Centrum, gdzie mieszczą się poradnie i codziennie odbywa się modlitwa – Msze św. w intencji trzeźwości, Koronka do Miłosierdzia o godz. 15.00 w intencji osób uzależnionych i ich rodzin.

Prowadzona jest też tzw. księga wieczystej i czasowej abstynencji, którą może podpisać każdy, kto zdeklaruje się, że na całe życie lub na określony czas wyrzeknie się alkoholu. Odbywa się też katecheza i ewangelizacja dla przybywających do Lichenia pielgrzymów, w które wplata się informacje o profilaktyce uzależnień i problemach rodziny. W Licheniu odbywają się Ogólnopolskie Spotkania Środowisk Trzeźwościowych. Co roku w „Mityngu pod gwiazdami” uczestniczą osoby uzależnione od alkoholu, papierosów, hazardu i wielu innych używek, a także ich rodziny i przyjaciele.

Poza stałą posługą, Kościół organizuje także specjalne cykliczne wydarzenia, które mają kształtować wiernych, uświadamiać, jak wielkim problemem jest nadużywanie alkoholu. O skali tej pomocy można zorientować się, wyliczając jedynie część inicjatyw na rzecz trzeźwości, które miały miejsce w bieżącym roku.

Od pół wieku na Jasnej Górze regularnie odbywają się pielgrzymki, połączone z czuwaniem i ekspiacją za grzech pijaństwa. W czerwcu tego roku odbyła się dwudniowa narodowa modlitwa o trzeźwość pod hasłem “Wolni w Chrystusie”. Prymas abp Wojciech Polak stwierdził w homilii: “Nasza obecność i modlitwa, a także przeżywany w ciągu całego tego roku Narodowy Kongres Trzeźwości, dobitnie potwierdzają, że dziś naprawdę konieczna jest mobilizacja całego naszego społeczeństwa do działań trzeźwościowych”. Bp Bronakowski zaapelował zaś do władz kościelnych, państwowych i samorządowych o wspólne propagowanie trzeźwego stylu życia.

Księża Michalici co roku organizują pielgrzymkę od grobu Prymasa Stefana Wyszyńskiego do grobu bł. ks. Bronisława Markiewicza, wielkiego apostoła trzeźwości.

Po raz szósty w maju odbyły się Gietrzwałdzkie Dni Trzeźwości, a ich organizatorzy przypomnieli, że podczas objawień, 12 i 13 sierpnia 1877 roku, Maryja mówiła o uzależnionych. To jedyny wypadek w objawieniach maryjnych, w których Matka Boża mówiła o tym problemie, zapowiedziała kary dla nadużywających alkohol, ale zapowiedziała też, że odstawienie alkoholu spowoduje uzdrowienie uzależnionych.

Od 1986 r. na terenie byłego obozu niemieckiego Auschwitz-Birkenau organizowane jest nabożeństwo Drogi Krzyżowej przez Bractwo Trzeźwości, które powstało przy parafii pw. św. Maksymiliana Kolbego w Oświęcimiu. Bierze w nich udział znany działacz antyalkoholowy, twórca licznych bractw, propagator wesel bezalkoholowych ks. Władysław Zązel. Jedna z jego inicjatyw to Wesele Wesel, czyli spotkania, w trakcie których łączone są elementy formacji z zabawą weselną oraz odnowieniem przyrzeczeń małżeńskich. Zabawa bez alkoholowego toastu łączy co roku wiele par i rodzin z całej Polski, a w tym roku odbędzie się na początku sierpnia w Trąbkach Wielkich koło Gdańska.

Pierwszego maja odbył się I Rzeszowski Bieg Trzeźwości im. ks. Franciszka Blachnickiego. Dziewięciokilometrową trasę z Rzeszowa do Niechobrza pokonało 124 zawodników.

W tym samym miesiącu odbyła się XXVI piesza pielgrzymka z łódzkiej katedry do grobu bł. ojca Rafała Chylińskiego w Łagiewnikach. Pątnicy szli pod hasłem „Ku trzeźwości narodu”. To niekompletna lista wydarzeń, które mają prowadzić do otrzeźwienia i odbyły się w tym roku. Najważniejsze jeszcze się odbędą. Gdyż walka o wyjście z nałogu Polaków to priorytet Kościoła. Gdyż chodzi o porzucenie grzechu, czyli autentyczną wolność.

Dziś 74. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

śr., 01/08/2018 - 07:24
Dziś, 1 sierpnia, przypada 74. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Po raz kolejny w Warszawie i wielu miastach w całej Polsce o godz. 17 odezwą się syreny alarmowe i dzwony kościołów, zatrzyma się ruch uliczny, pod tablicami zapłoną znicze i złożone zostaną kwiaty.

W stolicy jak zwykle zaplanowano bogaty program obchodów, w którym nie zabraknie akcentów religijnych, aby nie tylko kwiatami, ale i modlitwą uczcić pamięć poległych i żołnierzy powstańczego zrywu sprzed 74 lat.

Centralne obchody rocznicowe rozpoczną się o godz. 9 złożeniem kwiatów przy tablicy upamiętniającej podpisanie przez ówczesnego płk. Antoniego Chruściela „Montera”, dowódcę Okręgu Warszawskiego AK, rozkazu rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Tablica znajduje się przy ul. Filtrowej 68, gdzie dawniej była siedziba konspiracyjnej kwatery Okręgu Warszawskiego AK.

O godz. 10 w parku im. gen. Gustawa Orlicza-Dreszera rozpoczną się uroczystości, podczas których zostanie oddana cześć poległym na Mokotowie, zakończy je „Marsz Mokotowa”, czyli przemarsz ulicą Puławską w kierunku ulicy Dworkowej.

Następnie w wielu miejscach pamięci w Warszawie zostaną złożone kwiaty, m.in. pod pomnikiem gen. Stefana Roweckiego „Grota” (róg ul. F. Chopina i Al. Ujazdowskich, godz. 13:15), przy pomniku Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej (ul. Wiejska, godz. 14).

O godz. 16 rozpoczną się uroczystości na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, gdzie najpierw przy grobie gen. Antoniego Chruściela „Montera” zostaną złożone kwiaty.

Centralnym punktem obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego jest modlitwa w godzinie „W” na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach pod pomnikiem Gloria Victis. Modlitwę poprowadzi ordynariusz wojskowy bp Józef Guzdek.

O godz. 19:30 przy pomniku Polegli – Niepokonani na wolskim Cmentarzu Powstańców Warszawy odmówiona zostanie międzyreligijna modlitwa. Po uroczystościach międzyreligijnych i państwowych, kard. Kazimierz Nycz, arcybiskup warszawski odprawi Mszę św.

Jan Paweł II, Piłsudski, Wyszyński – Polacy wybrali osobistości stulecia

Mniej więcej w tym samym czasie, na Placu Piłsudskiego będzie miało miejsce wspólne śpiewanie piosenek powstańczych (wydarzenie transmitowane przez Telewizję Polską, godz. 20), a na Kopcu Powstania Warszawskiego przy ul. Bartyckiej na Czerniakowie zostanie rozpalone Ognisko Pamięci. Będzie płonęło do 2 października – przez 63 dni, a jego uroczyste wygaszenie zakończy obchody 74. rocznicy Powstania Warszawskiego.

Powstanie Warszawskie, które wybuchło 1 sierpnia 1944 rokubyło największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez hitlerowców Europie. Miało przynieść wolność miastu i pomóc w wyzwoleniu kraju spod okupacji. Po 63 dniach walk zakończyło się kapitulacją. Zginęło w nim około 18 tys. powstańców i od 150 tys. do 200 tys. cywilów. W czasie walk zburzonych zostało ok. 25 proc. zabudowy miasta, a po ich zakończeniu dalsze 35 proc.

Do niewoli dostało się około 15 tys. żołnierzy i oficerów, w tym mianowany naczelnym wodzem gen. Tadeusz Komorowski.

W Powstaniu wzięło udział około 150 duchownych jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. Stanowili oni integralną część Armii Krajowej. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele powstańczego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. „Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.

Abp Jędraszewski do górali: przez trud i radość wiary budujcie Ojczyznę

wt., 31/07/2018 - 21:56
– Brońcie krzyża, przez trud i radość wiary budujcie Ojczyznę – prosił na Jasnej Górze abp Marek Jędraszewski. Metropolita krakowski przewodniczył Mszy św. z udziałem pątników 37. Pielgrzymki Góralskiej. W tym roku odnotowano wzrost liczby pielgrzymów, dotarło ponad tysiąc osób, nie tylko z Podhala.

Abp Jędraszewski dziękował góralom za ich pielgrzymie świadectwo trudu i radość wiary, życzył im, by trwali wiernie przy Bogu. – By się nie zatracić, by ciągle trwać przy tym, co najbardziej istotne. Chrystus i Ojczyzna. Kościół i naród. Wszystko razem splecione miłością. Trwajcie w tym i bądźcie dla reszty Polski ciągle wielkim, wspaniałym przykładem – zachęcał hierarcha.

Metropolita krakowski prosił też pielgrzymów z Podhala, by bronić krzyża w swoich sercach i w przestrzeni publicznej poprzez miłość. Życzył im, by trud i radość ich wiary wyrażana także przez pielgrzymowanie stały się osobistym skarbem, ale też skarbem wspólnot, w których żyją, zwłaszcza rodzinnych, by tym skarbem się dzielić i go pomnażać, bo „tak się buduje Kościół i tak się buduje naród, bo tak się buduje dobą nadzieję dla Polski” – mówił abp Jędraszewski.

Prawdziwym fenomenem tej pielgrzymki był liczny udział rodzin z dziećmi. Najmłodszymi pielgrzymami w tym roku były 3,5-miesięczna Maja i 9-miesięczna Antosia. Niektórzy mali pątnicy mogą się pochwalić stażem dłuższym niż ich wiek, bo wiele góralek wyrusza na pielgrzymkę będąc w ciąży.

Na pielgrzymce do Częstochowy wypraszają też wiele łask dla swoich rodzin. Niektórzy mówią o cudach jak Magdalena Leśniowska-Pabian z Nowego Targu, która na Jasną Górę pielgrzymowała z całą rodziną i było to dziękczynienie za zdrowie Emanuela. To trzecie dziecko państwa Pabian, które w 10. dobie życia miało wylew krwi do mózgu. Jak twierdzi mama chłopczyka „jest cudownie uzdrowiony, nawet wydarzył się taki cud, że wczoraj zaczął chodzić, mając 13. miesięcy. Lekarze się wypowiadają, że jest to niesamowite, że jakiś święty orędował za naszym dzieckiem, i że ma najwspanialszego Anioła Stróża. Za to dziękujemy w tym roku Matce Bożej” – wyznaje mama Emanuela.

Górale, jak co roku, w progi Jasnej Góry wkroczyli w barwnych, regionalnych strojach i przy dźwiękach góralskiej muzyki.

Pielgrzymka góralska odwiedza po drodze sanktuaria maryjne, m.in. w Ludźmierzu, Makowie Podhalańskim, Kalwarii Zebrzydowskiej, w Czernej, Płokach i Leśniowie. Górale przemierzają ok. 240 km w ciągu 9 dni.

Pierwsza grupa z Podhala wyruszyła z Bachledówki 19 sierpnia 1982 r. w okresie stanu wojennego. Od trzeciej pielgrzymki do grupy z Bachledówki dołączyła grupa z Nowego Targu, a w następnym roku Rabka i Nowy Targ. Od 1991 roku w ramach jednej góralskiej pielgrzymki wyszli również Orawianie.

Misjonarz: Na Kubie więcej ludzi chce praktykować wiarę

wt., 31/07/2018 - 21:28
Na Kubie widać “przebudzenie” i powolny wzrost liczby osób szukających w swoim życiu Boga i chcących praktykować wiarę – stwierdza tarnowski misjonarz ks. Dariusz Pawłowski, który rozpoczął tam pracę misyjną. Powołuje się on na opinie miejscowych księży i misjonarzy. Ludzie spotykają się na wspólnej modlitwie m.in. w swoich mieszkaniach czy garażach.

Kapłan poznaje swoich parafian. W części miejskiej są dwa kościoły i kilka domów misyjnych, w których gromadzą się wspólnoty katolików. Są to zazwyczaj nieliczne grupy, ok. 30 – 60 osobowe. „Ludzie we wspólnotach zatem dobrze się znają i wspólnie przeżywają wiarę. W części wiejskiej jest około trzydziestu wspólnot i ani jednego kościoła. Kapłan, który obecnie raz na jakiś czas dojeżdża do wiosek, sprawuje tam sakramenty w domach lub garażach. Są to wspólnoty liczące od kilku do kilkunastu osób. Wioski położone są daleko w górach, często w takim miejscach, gdzie nie prowadzi żadna droga, po której mógłby przejechać samochód. Można tam jedynie dojść. No, ale w końcu to są misje” – relacjonuje misjonarz.

Dużym zaskoczeniem dla ks. Dariusza Pawłowskiego jest poczucie przynależności do Kościoła Katolickiego większości Kubańczyków. „To poczucie w zasadzie jest jedynym co ich wiąże z Kościołem. Spotkałem tu pewnego młodego Kubańczyka, który już podczas pierwszej rozmowy z dumą ogłosił, że jest katolikiem. Jednak okazało się, że nigdy jeszcze nie był na Mszy. Do chrztu został przygotowany jako dziecko przez babcię. Od tamtej pory nie przyjął żadnego innego sakramentu, nie prowadzi życia duchowego czy też modlitewnego. Mówi, że jest mu to niepotrzebne, bo przecież Bóg jest wszędzie – nie musi należeć do wspólnoty” – opowiada misjonarz.

We wspólnotach są osoby starsze, młodzież i dzieci. „Księża kubańscy oraz misjonarze mówią, że w ostatnich latach można zaobserwować “przebudzenie” i powolny wzrost liczby osób szukających w swoim życiu Boga, osób chcących praktykować wiarę. Miejmy nadzieję, że jest to jaskółka, która zwiastuje stały trend” – podkreśla ks. Pawłowski.

W diecezji Santiago de Cuba nie pracuje żaden polski ksiądz, ani polska siostra zakonna, czy misjonarka świecka. Są natomiast misjonarze z innych krajów, jak Hiszpania czy Haiti. W pracy duszpasterskiej dużą pomocą są siostry z Chile i Meksyku, które prowadzą katechezy i spotkania z młodzieżą. Dla przykładu, jedna ze wspólnot w dzielnicy Mikronueve spotyka się na parterze mieszkania w bloku. Tam siostra prowadzi przez jeden dzień w tygodniu katechezę – animację z grupą około 40 osób. Pomagają jej w tym animatorzy, na przykład matka szóstki dzieci, która uczy pieśni, przygotowuje zabawy i scenki o tematyce religijnej. W sobotę wieczorem przyjeżdża ksiądz z niedzielną Eucharystią.

Zdaniem tarnowskiego misjonarza ludzie na Kubie są bardzo otwarci. „Mimo biedy i problemów, są raczej radośni. Niejednokrotnie już wyrażali wielką wdzięczność, że chcieliśmy w ogóle przyjechać na Kubę, do tego kraju o którym w ich przekonaniu nikt już nie pamięta” – podkreśla.

Na Kubę wyjechało w lipcu dwóch kapłanów diecezji tarnowskiej – ks. Stanisław Knurowski i ks. Dariusz Pawłowski. Udali się do diecezji Santiago de Cuba.

„Pracy duszpasterskiej nie będzie nam brakować. Biskup Dionisio mówi, że chciałby, żeby w naszej przyszłej parafii, oprócz nas dwóch, pracowało jeszcze dwóch innych kapłanów. Ale póki co ich po prostu nie ma. Może kiedyś znowu przyjedzie na Kubę kolejny misjonarz i do nas dołączy. Oby” – mówi ks. Pawłowski.