Bogu co boskie

TV2 hucznie zapowiada nowy serialowy hit „Rodzinka.pl”. Opowiada on historię nietuzinkowej pięcioosobowej rodziny. Na jej czele stoją Natalia i Ludwik Boscy (Małgorzata Kożuchowska oraz Tomasz Karolak). Para po trzydziestce, która poznała się jeszcze na studiach, ciągle musi stawiać czoło nowym sytuacjom. Oczkiem w głowie rodziców, a zarazem źródłem największych zgryzot, są trzej synowie w tzw. trudnym wieku: Tomek, Kuba, Kacper. Każdy z nich to indywidualista, z inną pasją, temperamentem i charakterem. Państwo Boscy myślą o kolejnym potomku. Tym razem jednak marzą o… Boskiej - dziewczynce! Pracują nad tym, kiedy cały dom pogrążony jest we śnie. W dzień także podejmują próby. W końcu każda pora jest dobra na prokreację! Niestety, to trudna sztuka, szczególnie, gdy przez dziurkę od klucza podglądają wścibskie dzieciaki…
 
Nie byłoby w tym nic szczególnego, wszak dziś telewizje, w boju o widza, prześcigują się w produkcjach, w których jest „ostra jazda bez trzymanki”. Nikt nie musi oglądać, jeśli nie chce. Ja przynajmniej nie zamierzam. Jest jednak jedno „ale”. Nie rozumiem, dlaczego państwo Natalia i Ludwig koniecznie muszą się nazywać Boscy? Dlaczego to słowo ma być odmieniane przez wszystkie przypadki i mają mu towarzyszyć salwy (niekoniecznie wyszukanego) humoru? Najprawdopodobniej, wedle zamysłu scenarzysty, nazwisko – a dokładnie zderzenie jego konotacji z komizmem sytuacyjnym i bezpruderyjnością głównych bohaterów – ma być dodatkowym źródłem komizmu. Nie widzi w tym nic zdrożnego. Ja sądzę inaczej.
 
Wydaje mi się, że są pewne granice dobrego smaku, których nie powinno się przekraczać. Nawet, jeśli twórcy produkcji nie czują się ludźmi wierzącymi.
Może to szczegół. Może nie powinienem się czepiać. Ale czy potraficie sobie Państwo wyobrazić sytuację, że w którymś z państw islamskich w tytule komedii mogłoby się znaleźć odniesienie do Allacha? Albo w filmie hollywodzkim aluzja do imienia Jahwe bądź Buddy? Ja nie. Nie wyobrażam sobie też sytuacji – co u nas jest nagminnie spotykane - że tam przekleństwa mogą być przetykane świętymi imionami. Byłoby to nazwane bluźnierstwem i surowo ukarane. Dla nas to nie problem, choć przykazanie drugie dekalogu przecież dalej obowiązuje.
 
Niedawno w telewizji emitowany był program, poświęcony rękopisom z Qumran, w którym przypomniano zasady, wedle których przepisywane były święte księgi biblijne. Jeden błąd, lapsus dłoni kopisty, dyskwalifikował cały tekst. Była też inna zasada, której naruszenie surowo piętnowano: nie wolno było wypowiadać imienia Jahwe. Było zbyt święte. W tekście hebrajskim zamieszczano nawet specjalne znaki, które nakazywały się zamieniać słowami: Adonai, Elohim. W każdej kulturze najbardziej nawet pierwotnej, istniało tabu, które m.in. miało za zadanie chronić świętość. Wynikało to z jakiejś naturalnej, wewnętrznej intuicji człowieka. Czy dziś zagubiliśmy ją? Dlaczego młodzi ludzie w komentarzach na portalach internetowych prześcigają się w mnożeniu bluźnierstw? Kto im otworzył furtkę? Przecież większość z nich chodzi na katechezę…
 
Szczycimy tym, że obalamy kolejne tajemnice, że nie ma już dla nas nic świętego. Wszystko można wyśmiać, zamienić w komedię. Czy jesteśmy dzięki temu bardziej wolni? Czy odważne opowiadanie dowcipów, gdzie głównymi bohaterami są osoby Trójcy Świętej bądź święci, jest znakiem nowoczesnego podejścia do życia? Szczerze wątpię…
Potrafimy obrażać się, że inni nie szanują chrześcijan, że w kalendarzu wydanym przez którąś z agend Unii Europejskiej zabrakło naszych świąt, ale sami nie potrafimy uszanować świętości, która jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli tego nie potrafimy (bądź nie zechcemy) zrobić, nikt nie będzie nas szanował.