Jakoś to będzie?

Wspólne mieszkanie przed ślubem. Dlaczego nie?
 
1. Dlaczego zgodnie z wiarą katolicką mieszkanie przed ślubem pod jednym dachem jest grzechem?
- W Księdze Rodzaju znajdujemy zdanie: "Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się oboje jednym ciałem" (Rdz 2,24). Ważne podkreślenie: łączy się z żoną! Jest to więź tak silna, że zaistniała w ten sposób jedność jest nierozerwalna. I tylko takim kontekście może ona zaistnieć –w żadnym innym. Taki jest zamysł Boży. Ktoś powie: - No dobrze, ale tu chodzi o więź fizyczną – a my przecież nie współżyjemy. Teoretycznie sam fakt wspólnego zamieszkania nie jest grzechem. Pozostaje jednak kilka „ale”: czy nie jest to wydawanie się na pokuszenie (w myśl powiedzenia: „krew nie woda”)? Co z intymnością? Przecież będziecie paradować przed sobą w piżamach, ręcznikach etc? Wreszcie kwestia zgorszenia: inni nie muszą wiedzieć, że nie śpicie razem– dla nich jednak będziecie parą, która żyje ze sobą jak mąż i żona. Pomyślą: skoro wam wolno, to im też… I tak będziecie odpowiedzialni za tzw. grzech cudzy.
 
2. Młodzi często argumentują, że tylko w ten sposób mogą się najlepiej
poznać. Czy to prawda?
- To mit. Sfera seksualna to tylko jakaś drobna część ludzkiej natury. Znajomość „topografii” ciała, własnych zachowań, przyzwyczajeń nie gwarantuje pełnego poznania, nie jest receptą na szczęście. Najważniejsza jest wspólnota ducha. A do jej zaistnienia nie jest konieczne wspólne zamieszkanie przed ślubem.
 
3 Modę na wspólne mieszkanie par bez ślubu łatwo daje się zauważyć wśród studentów. Młodzi ludzie jako powody wymieniają często: „bo się kochamy i myślimy o ślubie, a mieszkać razem jest wygodniej i taniej”. Deklarują, że czują się związani z Kościołem. Przyjmują księdza z kolędą, chodzą na Mszę św. Czy jednak nie jest to życie w „duchowej schizofrenii”?
- Często młodzi ludzie mówią: „Miłość usprawiedliwia wszystko”. Dlatego w jej imię wszystko nam wolno: możemy mieszkać razem, spać w jednym łóżku, kochać się. Czy aby na pewno? Wyobraźmy sobie inną sytuację. Po 15 latach małżeństwa przychodzi żona do męża i mówi: - Słuchaj, zakochałam się w innym mężczyźnie. Z naszym małżeństwem koniec. Rozwodzimy się.
– No, ale jak to? A co z dziećmi, co ze wspólnym kredytem?..
- Trudno. Tak musi być. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Miłość usprawiedliwia wszystko…
Miłość to nie subiektywne przekonanie, przelotne uczucie. W jej strukturze zapisany jest wewnętrzny ład, wyrzeczenie, bywa że i cierpienie. Takiej miłości uczy Kościół, stawia ją w centrum życia chrześcijańskiego – tak kochał Jezus. Każda inna miłość to marna podróbka. Mieszanie w nią Pana Boga to nieporozumienie. Nawet jeśli pozory zostają zachowane, wewnętrzna niespójność deklaracji i postawy życiowej sprawią, że na tak skonstruowanym fundamencie niczego nie da się zbudować. Runie przy pierwszej lepszej okazji. Zwykle usprawiedliwieniem będzie kolejna „miłość”.