Kto sieje wiatr…

...zbiera burzę. Aktualność tego, skądinąd dobrze znanego powiedzenia, w ostatnich dniach poraża.
W parafii, w której pomagam duszpastersko w niedzielę, ktoś zniszczył dwie leśne kapliczki. Może nie miały szczególnej wartości artystycznej – ot, proste, gipsowe figurki, niewyszukana stylistyka, zbity z deseczek niewyszukany daszek. Ale też ich wartość nie leżała w wirtuozerii stylu, w jakim zostały wykonane. Od dziesiątek lat ludzie, idąc do oddalonego kilka kilometrów od wioski kościoła, zatrzymywali się przy nich na krótką modlitwę. Inni żegnali się, mężczyźni zdejmowali czapki. Po prostu były. Dla młodszych mieszkańców – od zawsze. Choć niepozorne, wrosły w krajobraz i historię miejscowości. Komuś przeszkadzały.
Najsmutniejsze jest to, że najprawdopodobniej nie był to poryw chwili, głupi wybryk nastolatków czy kaprys pijaka, który wracając z suto zakrapianej imprezy w przypływie złości wyładował ból życia na Bogu ducha winnych figurkach świętych. Wandal dobrze się przygotował. W ruch poszła siekiera, szpadel. Ślady dowodzą, że złość, z jaką działał, była ogromna. Resztki porozrzucał w promieniu kilku metrów.
Dlaczego?... Nikt z osób, które pytałem w niedzielę, nie potrafił na pytanie odpowiedzieć. Po każdej mszy były suplikacje, pewnie sporo komentarzy pojawiło się w domach. Nie wiadomo dlaczego ktoś to zrobił? Jaki cel chciał osiągnąć?
A mnie się wydaje, że to dopiero początek. Agresja, z którą mamy do czynienia na co dzień, zaczyna niczym wirus infekować nie tylko wielkomiejskie środowiska, ale jak się okazuje już także małe, podlaskie wioski. Od miesięcy jesteśmy bombardowani newsami, jakoby krzyż był zagrożeniem wolności, Kościół zaś przyczyną wszelkich rzeczywistych i urojonych klęsk. Plucie na Biblię i krzyż stało się wyrazem ekspresji twórczej. „Artyści” chodzą w glorii sławy. Ten, kto dosadniej potrafi określić rzekome polskie kołtuństwo i głośniej wykpić patriotyzm, znaleźć nowe ogniska „faszyzmu”, ośmieszyć wartości narodowe staje się bohaterem. A publika klaszcze. Do tego doszliśmy.
Ten sam mechanizm, choć na innym poziomie, zadziałał 11 listopada. Jawnie reklamowano „poradniki blokersa”, propagowano akcje fejsbukowe i plakaty. Piórami usłużnych dziennikarzy szczuły zaprzyjaźnione gazety. Od dawna było wiadomo, że przyjadą niemieccy anarchiści, aby wesprzeć polskich „antyfaszystów”. A kiedy zadyma wymknęła się spod kontroli lewacy z miną cherubinków zaczęli kajać się, że oni przecież nic… że niewinni… że to nieporozumienie… że radośni chłopcy z Berlina, wspierający „kolorową” nieśli w rękach nie baseballe lecz… kwiaty i wielobarwne chorągiewki. A że każda akcja generuje interakcję? To już szczegół. Dalej wydarzenia potoczyły się same. Efekt, choć w każdej stacji telewizyjnej pokazywany inaczej, mogliśmy oglądać przez kilka dni.
Hipokryzja niektórych środowisk, sympatyzujących z lewactwem dziennikarzy i polityków czy też osób zwyczajnie zainteresowanych jedynie tym, „aby się działo” (wszystko jedno co – ważne, aby czołówki gazet, serwisów informacyjnych i portali internetowych rozgrzewały się do czerwoności emocjami!) polega na tym, że zdają się nie dostrzegać prostego mechanizmu, o którym pisałem na początku. A kiedy już pójdzie w ruch, zapierają się do żywego, twierdząc, że są przecież bez skazy. To samo tak… Stało się i już.. Winny jest zawsze ktoś inny.
Zabawa ludzkimi emocjami, niezależnie w jakiej skali się dokonuje (szczególnie w sytuacji, gdy frustracja lawinowo narastającą biedą, bezruchem rządzących, zapowiedziami jeszcze większego kryzysu jest coraz większa) zawsze kończy się nieszczęściem – tak, jak zabawa zapałkami na wierzchołku stogu siana. Wystarczy mała iskra, aby zamienił się w popiół. Albo rozniósł płomień dokoła obracając w puch wszystko, co dotąd miało jakikolwiek sens.
Przypuszczać należy, że ostatnie wydarzenia niewiele nas nauczą. Upór, z jakim powiela się kłamstwo i hipokryzję, twierdząc, że nic się przecież nie stało, zadziwia. I rodzi pytania: co takiego musi się stać, aby Polacy przejrzeli? Mają zapłonąć kościoły? Ludzi skoczyć sobie do gardeł? O to chodzi?
Jednego można być pewnym: gdy dojdzie do nieszczęścia, szczuje wszystkiego się wyprą.
Jak zwykle.