Nasi wrogowie żywią się naszym strachem

To zasada stara jak świat. Dlatego trochę z niepokojem czytam komentarze blogerów i felietonistów, dotyczące wyborczego sukcesu awanturnika z Biłgoraja i jego kompanii, wieszczące koniec znanej nam Polski. Panie i panowie – odwagi! Będzie głośno, media będą miały frajdę, bo Janusz Palikot dostarczy im newsów na czołówki na pewno. Rząd będzie zachwycony, ponieważ odwrócą one uwagę od zasadniczych spraw państwa. Oberwie Kościół. Ale nie ten wróg jest najgroźniejszy, który wali na odlew, obnaża się w swojej nienawiści i cynizmie. Najniebezpieczniejsze są walki z przeciwnikiem ukrytym, nierozpoznanym, skwapliwie chroniącym fałsz za maską życzliwości i szczytnych haseł.
 
 
Niezmiennie największe emocje generuje wynik Ruchu Palikota. Według oficjalnych danych PKW zdobył 10,02 procent poparcia głosujących w wyborach Polaków. Dużo, biorąc pod uwagę fakt, że przez długi czas nie traktowano poważnie sondaży, wskazujących na wzrost zainteresowania skrajną polityczną ofertą.
Pytania, na które warto poszukać odpowiedzi, są innej natury. Dlaczego exposeł PO odniósł proporcjonalnie tak duży sukces wyborczy? Dlaczego antyklerykalizm jest znów w modzie? I wreszcie: dlaczego, jak pokazały sondaże, na Ruch Palikota głosowało ok. 30 proc. młodych ludzi w przedziale wiekowym 18-25 lat? Są to pytania ważne dla Kościoła. Pokazują procesy, wokół których nie może on przejść obojętnie.
Nie ma sensu zatrzymywać uwagi na grupie społecznej, którą umownie można określić mianem "sierot po komunie". Zawsze wrogo nastawiona do Kościoła w sposób naturalny znalazła się w RP. Natomiast konieczna jest głęboka analiza postaw młodych ludzi. Owszem, popularność demagogii posła z Lublina można tłumaczyć właściwą dla młodości przekorą czy buntem przeciwko mainstreamowemu przekazowi. Ale to nie wszystko. Na naszych oczach dojrzało pokolenie ludzi, którym dylematy 40-, 50- czy 60-latków są obce. Wyrośli w wolnej Polsce, ukształtowani w domach, gdzie na pierwszym miejscu postawiono pracę, pieniądze, karierę. Wychowani przez rodziców, którzy wkręceni w machinę wolnego rynku - także wartości duchowych - zagubili się. Nie radzą sobie ze sobą. Zostali zdominowani przez liberalny przekaz medialny, gdzie Bóg ukazywany jest jako największy wróg wolności, zaś Kościół traktowany jako mroczny relikt średniowiecza, stojący w opozycji do świata. W konfrontacji z nikłą, bo opartą tylko na tradycji, formacją religijną, tabloidową wiedzą o Chrystusie, dało to efekt w postaci duchowej pustki. I wyborczego wyniku.
 
 
Ale to nie wszystko. Jako ludzie wierzący musimy się obudzić. Śpimy, kołysani mitem o Polsce katolickiej, która była i jest semper fidelis. To przeszłość. Laicyzacja stała się faktem. Konieczne jest szukanie nowych sposobów ewangelizacji, opartych nie na konfrontacji, grożeniu palcem i wytykaniu, co jest "be". Potrzebna jest formacja od podstaw, pochrzcielny katechumenat, konsekwencja. Nie uważam, aby wynik partii Janusza Palikota był powodem do rozpaczy czy darcia szat. Stało się. Otrzymaliśmy ważny sygnał, który należałoby właściwie zinterpretować. Będzie dużo krzyku, obelg i kłamstw - to pewne. Ale też będzie wiele okazji, aby chrześcijanie mogli dać świadectwo swojej wiary, "uzasadnić nadzieję, która w nich jest" (por. 1P 3, 15). Kościół musi odpowiedzieć sobie na pytanie, która część jego fundamentów jest zmurszała. Co należy przebudować w dotychczasowym przekazie Dobrej Nowiny, aby być skuteczniejszym? I nie bać się oczyszczenia. To, że nas będzie mniej, nie znaczy, że będziemy słabsi.
 
Potrzebne jest konkretne działanie. Wskazał na nie Rafał Ziemkiewicz w rozmowie Frondy (http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ziemkiewicz:_pis_sie_korwinizuje__16145). Konieczna jest praca od podstaw. Odważna i skuteczna. Bez pustych haseł i deklaracji bez pokrycia. Bez wdawania się w bezcelowe, jałowe wojenki.
 A zatem, Panowie i Panie, do roboty! Będzie dobrze! Nie ma innej opcji:)